— Kiedy ja nie potrafię! — zauważyła Marcysia.
— Ej potrafisz! nauczysz się! i ja kiedyś nie umiał, a teraz widzisz...
— A kto ciebie nauczył? — zapytała.
— Ot kto? nikt! sam nauczyłem się... jak inni, tak i ja... słuchałem, jak pod kościołem dziady proszą... Oni zawsze tak proszą: „Wielmożny panie! Dobrodzieju najmiłosierniejszy!” Słuchałem, słuchałem, i nauczyłem się...
Po chwili namysłu dodał:
— Już to Franek to najsprytniejszy! On mnie opowiadał wszystko, tak jak ja tobie teraz opowiadam... i... chciał mnie nauczyć wyciągać panom chustki z kieszeni... bo on to umié... ale ot, ja-bym wolał gołębie uwodzić, niż chustki wyciągać... jak podrosnę jeszcze i przewodnika sobie wyhoduję, będę gołębie uwodził...
Marcysia słuchała ostatnich słów Władka, jak bajki o żelaznym wilku. Nie rozumiała jeszcze wtedy zupełnie, co to jest przewodnik, uwodzenie gołębi, i jaka z tego może być korzyść lub przyjemność. Widać jednak było, że rozum towarzysza imponował jéj niezmiernie, bo zachwycone oczy wlepiła w twarz jego ruchliwą, to powagi pełną, to błyskającą gniewem, to znowu wykrzywiającą się swawolnie i zabawnie.
Zjadłszy bułkę, wstali i poszli znowu ku rynkowi, aby za otrzymaną od „dobréj pani” dziesiątkę kupić sobie możność popatrzenia na łamane sztuki, pokazywane pod namiotem przez ulicznych skoczków. Tam brzmiała niesforna muzyka skrzypiących i dudniących instrumentów, cisnęła się szara i hałaśliwa publiczność, Franek uwijał się śród tłumu, upatrując kieszeni z chustką, która tam trudną była do znalezienia; a gdy pajace, w żółtych czapkach, wyskakiwali na błotnistą arenę, Marcysia, oburącz trzymając się ramienia Władka, który z ciekawości i rozradowania zapomniał o niej, drżała od stóp do głowy z trwogi i rozkoszy.
Słońce zachodziło już, gdy wracali do jaru. W chacie Wierzbowéj palił się na stole łojowy, dymiący kaganek; przez oświetlone żółtém światłem okna widać było kilka osób, kobiét i mężczyzn, siedzących na ławach przy stole, na którym znajdowała się butelka z wódką i kilka czarek. Pośrodku, pod ścianą, nizka i gruba Wierzbowa siedziała w wielkiéj chustce na ramionach i białym czepcu na głowie, a naprzeciw niéj dwie dziewczyny młode, lecz mizerne, umawiały się z nią o coś, i zarazem hałaśliwie przekomarzały się z mężczyznami, wyglądającymi na lokai lub stangretów, i nalewającymi im wódkę do czarek. Władek zajrzał do wnętrza domku przez oba z kolei okienka, a potém rzekł do Marcysi:
— Pójdźmy do naszéj własnéj chaty.