— A gdzie nasza chata? — zapytała.
— Ot tam.
Wskazał jéj głąb’ jaru, którą śród zmroku uścielać już zaczynała biaława mgła. Siedli nad sadzawką i odpoczywali chwilę w milczeniu. Potém, gdy wkoło nich zmrok stawać się zaczął coraz gęstszym, Władek zaczął:
— Ot i poszło już sobie spać.
— Słońce? — zapytała Marcysia.
— A słońce. Leży już gdzieś sobie w czerwonéj kołysce, a gwiazdy kładą się przy niém, żeby nie dopuścić do niego smoka... Szkoda, że nie można pójść zobaczyć téj kołyski, i jak to morze wygląda, co przy niéj siedzi... poszedł-bym i ciebie-bym zaprowadził.
— Czemu nie można? — zapytała znowu dziewczynka.
— No, a jakże? żeby tak człowiek szedł, szedł, to jakby na sam koniec ziemi przyszedł i chciał daléj jeszcze iść, to-by tak buchnął... ot, naprzykład, jak ze stołu. Mnie nawet dziwi to wielce, że słońce nigdy nie spadnie i nie stłucze się.
— Aha! — tryumfującym głosem zawołała Marcysia, — bo jego tam morze czeka, na ręce bierze i do kołyski niesie.
Władek myślał chwilę.