— Tam... na tym grobie... nad siérotką... brzózka... zkąd-ciś się za-sia-ła...

Przy ostatniéj zgłosce piąstki odpadły jéj od oczu, pochyliła się i, z głową opartą o pierś śpiącego już Władka, usnęła.

Wynurzająca się z wilgotnego gruntu gęsta biała para, owijała uśpione to dzieci, jak w mokre pieluchy, stare wierzby rzucały na nie głęboki cień, śród którego biegły urywane szelesty, nad otworem jaru przelatywały po ciemném niebie kręte błyski spadających gwiazd...

Był to piérwszy nocleg Marcysi pod wierzbami, w jarze, tak, jak dzień poprzedzający upamiętnił się jéj piérwszą wycieczką do miasta. Od tego czasu chodziła tam z Władkiem najczęściéj, lecz czasem i sama, a na noc wtedy tylko nie przychodziła do jaru, gdy zimno było bardzo, albo gdy matka zatrzymywała ją w chacie pieszczotą, piosnkami i bajkami, albo jeszcze, gdy chodzącą po mieście sen zmorzył pod ścianą kościoła, pod drzewem lub wysokim parkanem jakiego ogrodu.

Tak upłynęło jéj życie do lat dziesięciu.


Kiedy, po owém pomyślném polowaniu na gołębie i przedwieczornéj godzinie, spędzonéj z Władkiem na dachu chaty Wierzbowéj, Marcysia ostrożnie uchyliła drzwi izby swéj matki, z wewnątrz głos kobiéty zawołał:

— Czy to Marcysia?

Miała ona zwyczaj, po powrocie z wycieczek swych, ostrożnie zawsze uchylać drzwi izby matczynéj, aby z widoku, który się jéj przedstawi, i z dźwięku głosu matki, wnieść o stanie, w jakim znajduje się ta ostatnia, i, albo wejść do izby, albo co-prędzéj uciekać do jaru, do wierzb, zawsze na nią łaskawych... do Władka. Tym razem Elżbietka siedziała na stołku, w głębi malutkiéj, nizkiéj, odymionéj izdebki i, przy świetle lampki, postawionéj na kulawym stole, cerowała starą swą odzież. Marcysia weszła i, przybliżywszy się do matki, nieruchomo przy stole stanęła. Nie dowierzała jeszcze, nie była pewną, jakie spotka ją przyjęcie, i w każdéj chwili chciała być gotową do odwrotu. Ale wieczoru tego Elżbietka trzeźwą była zupełnie. Podniosła oczy na córkę, a czoło jéj, gęsto sfałdowane, rozjaśniło się nieco.

— Przyszłaś? — zaczęła tonem burkliwym nieco, ale który gniewném uniesieniem wcale nie groził; — myślałam, że znów cię licho jakie nosić będzie po świecie przez tydzień jaki! Czegóż tak pośpieszyłaś się? Trzeba było znowu na podwórzu gdzie przenocować! Oj, ty nic dobrego! żebym ja ciebie nigdy była nie widziała, szczęście to było-by moje...