Ostatnie wyrazy zanuciła, i nagle, przerywając sobie, jakby ze snu zbudzona, dodała:
— Dobrze im! oj! czemu ja topielicą nie zostałam, kiedy na mnie ta nieszczęsna godzina przyszła...
Podniosła oczy i wlepiła je w córkę.
— Zostaniesz może ty! — szepnęła. — I pewno!... jaka twoja dola być może?... ot, chyba taka jak i moja...
Źrenice jéj drgnęły przestrachem i błysnęły wielkiemi łzami. Jednocześnie porwała się ze stołka i zaczęła tu i owdzie chodzić po ciasnéj izbie. Nachyliła się nad leżącą na ziemi szczupłą swą pościelą, i przerzuciła ją drżącemi rękoma, otworzyła skrzynią, na któréj dnie leżało kilka łachmanów, i zamknęła ją ze stukiem, pochwyciła z kąta polano, i rozgrzebała niém w starym, rozsypującym się piecu, garstkę węgli i popiołu... potém stanęła na środku izby i z obwisłemi rękoma i, wpatrzona w ziemię, myślała długo.
— Pójdę, — rzekła, — niech co chce będzie, pójdę i poproszę Wierzbowéj... trzeba to raz skończyć... upamiętać się... dla dziecka...
Zarzuciła na głowę podartą chustę, zgasiła lampkę i, zostawiając dziecko w ciemności wyszła. Wyszedłszy, gnana jakby trwogą lub gwałtownością powziętego postanowienia, nie szła, ale biegła ku chacie, wiszącéj u ściany jaru i mrugającéj z dala, niby kociemi oczyma, dwoma, jaskrawo-żółtemi, okienkami.
W chacie, przy stole, na którym palił się łojowy kaganek, siedziała Wierzbowa i, z głową opartą na skrzyżowanych na stole ramionach, drzémała. Nie kładła się do snu, bo pora była dość wczesna jeszcze, aby ktokolwiek z klientów jéj mógł ją odwiedzić. Jakoż zastukano z lekka w szybę, i za oknem ozwał się głos Elżbietki. Stara powstała i otworzyła drzwi.
— Ja bo się tak zamykam przed tym urwisem Władkiem, — rzekła do wchodzącéj, — wołałam go, żeby szedł nocować do chaty, nie posłuchał... niechże teraz za pokutę śpi na dworze... oj! dzieci, dzieci! jaka z niemi biéda!
Usiadła znowu na ławce i małemi oczkami, głęboko osadzonemi śród wielkiéj, pomarszczonéj twarzy, na przybyłą patrzała.