— Aha! — odpowiedział Władek, — stryj kazał swojéj żonie, żeby mnie dała te buty, co ich najmłodszy syn nie donosił!

— I to dał? — spytała, pokazując niedojedzone cukierki lub ciastka.

— Ej, nie! to ja sam sobie dał! Kucharz niósł do cukierni i na stole postawił, a ja ze stołu cap! i ściągnąłem.

— A jeść dał?

— Aj! aj! u nich takie smaczne jedzenie! mięsa dali i chleba z masłem...

— A bili?

— Nie, tylko wtedy na ulicy, potém już nie bili. Tylko stryj bardzo łajał, że ja urwis i ulicznik jestem. Powiedział, że mnie od ciotki odbierze i do siebie weźmie, ale żona jego zaczęła krzyczéć, że u nich i tak dużo dzieci jest...

— Dużo dzieci? — z zajęciem przerwała Marcysia.

— Dużo; trzech chłopców i dwie dziewczyny. Chłopcy do szkół chodzą, a dziewczyny gdyby lalki.

— A tam byłeś? — zapytała dziewczynka.