— Pocałuj-że matkę, — rzekła z cicha, — no pocałuj... mocno!
Oczy jéj patrzały tak żałośnie, ramiona zacisnęły się tak silnie, a usta uśmiechały się z takim miękkim smutkiem, że dziecko piersiami do piersi, a ustami do ust jéj przylgnęło, i wybuchnęło głośnym, rzewnym płaczem.
W środku miasta, przy jednéj z większych ulic, znajdowała się cukiernia, przed któréj wystawą Władek i Marcysia zatrzymywali się często, w czasie wspólnych wycieczek swych na miasto. Władek przecież z nieśmiałością zawsze i przeróżnemi ostrożnościami zbliżał się do nizkiego, szerokiego okna, za którém błyszczały i wabiły go pozłociste bombonierki, cukrowe lalki i rozkwitłe w wazonach kwiaty.
— Cyt, — mówił do Marcysi, kładąc palec na ustach, — żeby tylko stryj nie zobaczył, bo zaraz kułakiem w plecy da i do chaty popędzi!
Jakoż zdarzało się, że gdy, zapatrzony w cukierki i papierowe cacka, i przyczepiony u ramy okna w celu zobaczenia ponsowych firanek i sprzętów, zdobiących wnętrze cukierni, zapomniał na chwilę o zwykłéj ostrożności, z bramy sąsiedniéj wychodził wysoki, poważny człowiek, w dostatniém, choć z mieszczańska przykrojoném odzieniu, i spostrzegłszy go, smutnie i gniewnie wstrząsać głową zaczynał. Czasem wołał:
— Władek, Władek! a czy ty znowu po mieście włóczysz się i w cudze okna zaglądasz!
Wtedy chłopak, usłyszawszy głos jego, odpadał od ramy okna i, nie oglądając się, zmykał z całéj siły bosych swych nóg.
Niekiedy jednak gorzéj bywało, bo zamożny cukiernik, zbliżywszy się z cicha, podniósł giętką laskę, którą zawsze w ręku trzymał, i opuszczał ją na plecy chłopca, a zarazem chwytał go za ramię. Władek, nadaremnie usiłując wyrwać się z silnego ujęcia, przysiadał na bruku chodnika, a Marcysia zaczynała krzyczéć w niebogłosy. Cukiernik nie zwracał najmniejszéj uwagi na dziewczynę, a synowca łajał, wyrzucając mu próżniactwo, włóczęgowstwo, i przepowiadając dla niego przyszłość najstraszniejszą. Potém brał go za rękę, wprowadzał w bramę, i przez kilka godzin zatrzymywał w mieszkaniu swojém. Z razu każdy wypadek podobny kosztował Marcysię wiele łez i rozpaczy; myślała, że poważny, wąsaty jegomość, którego sam widok napełniał ją trwogą, zmieszaną ze czcią, na zawsze już uprowadził, a może, gdzieś tam i zabił małego przyjaciela. Potém jednak przekonała się, że nie było w wypadkach tych nic tak dalece strasznego, i że nawet posiadały one swoją piękną i pożyteczną stronę; po kilku godzinach bowiem, czasem po nocy, spędzonéj u stryja, Władek wracał do Marcysi, która w głębi jaru, nad sadzawką, zalewała się łzami, albo, zwieszona na wysokiéj poręczy mostu, wpatrywała się załzawionemi oczyma w najdalszy widzialny punkt ulic. Wracał w poskokach i wnet wyjmował z kieszeni kilka cukierków i parę ciastek, któremi dzielił się z towarzyszką. Jedząc przysmaki te, Marcysia uspakajała się zupełnie, i czasem, ze zdumieniem, spostrzegała na nogach towarzysza stare, lecz nieobecne tam wprzódy, obuwie, albo na plecach jego zniszczoną, lecz zawsze od zwykłego spencerka porządniejszą surducinę.
— Buty! — mówiła, wskazując na stopy towarzysza.