Elżbietka wyszła. Wierzbowa zdejmując z głowy biały czepiec, uśmiechała się długo. Znać było, że czuła się zadowoloną ze zrobienia interesu, wielostronnie może dla niéj korzystnego.

— Upamiętać się, nie upamięta, — szeptała, — jeszczem nigdy nie widziała tego, aby pijaczka taka pić przestała... ale z początku przesyłać pieniądze będzie... potém, dziewczyna podrośnie i na zarobki pójdzie... a potém...

Przestała szeptać, tak, jakby myśli swojéj nawet otaczającym ją brudnym i okopconym ścianom powierzać nie chciała, i zdmuchnęła kaganek.

W dwa dni potém, ścieżką, wspinającą się od przedmieścia po ścianie jaru, szła Elżbietka, prowadząc córkę za rękę. Marcysia, która wiedziała już, że zostanie w chacie Wierzbowéj, idąc, wyskakiwała i oglądała się wciąż za Władkiem, aby się z nim tą nowiną podzielić. Na dachu siedział gołąb’ Kubuś i, wykręcając czupurną główkę na wszystkie strony, gruchał donośnie, jakby kogoś ku sobie przywoływał. Ujrzawszy go, dziewczyna wybuchnęła głośnym chichotem.

— Widzicie? — zawołała, wskazując palcem gołębia, — widzicie? ot Lubuś! on mnie tak woła i Władka! Zaraz my tam pójdziem na dach... po niego... a potém na przedmieście polecim...

Stanęła przed drzwiami chaty, Elżbietka pochyliła ku córce twarz bladą i spłakaną.

— No, — rzekła, — już ja sobie pójdę, i nie powrócę aż za rok, albo za dwa... a ty, Marcysiu, pamiętaj, co ja tobie mówiłam... grzeczną być, pani Wierzbowéj słuchać, do miasta nie latać... czy będziesz pamiętać?

— Będę! będę! — z roztargnieniem odpowiedziała Marcysia, spoglądając w głąb’ jaru w nadziei, że ujrzy tam Władka.

— Marcysiu! — zaczęła znowu kobiéta, — czy tobie nie żal matki? Wszak ja tobie niezawsze złą matką byłam. Karmiłam cię czasem i całowałam, na ręku moich nosiłam i bajki ci mówiłam...

Dziewczynka podniosła głowę i utkwiła w twarz matki wzrok, w którym przez chwilę jeszcze migotały swawolne, niedbałe uśmiechy. Potém Elżbietka wzięła ją w objęcia i uniosła z nad ziemi.