Kiedy powoli i ze zwieszoną głową wróciła do chaty, Wierzbowa spotkała ją w progu. Nie miała jeszcze na głowie białego czepca, a rozczochrane siwe włosy jéj sterczały we wsze strony dokoła twarzy wielkiéj, zaspanéj, zwisającéj grubemi marszczkami.
— Gdzieżeś latała? ty, włóczęgo! nic dobrego! — krzyknęła. — Czemu woda nie przyniesiona! Do miasta mi trzeba a nie mam czém umyć się, ani herbaty ugotować? Leć mi po wodę! prędzéj!
Pod grożącą jéj, ściśniętą pięścią staréj, Marcysia wpadła do chaty, i w mgnieniu oka ukazawszy się znowu z dzbankiem w ręku, pobiegła brzegiem jaru daleko, potém spuściła się nizko w dół, kędy ze źwirowatéj głębokiéj rozpadliny tryskała i po kamykach z szumem zbiegała wązka nić strumienia. Usiadła tam na osłonecznionéj trawie i nastawiwszy dzbanek pod zbiegającą po źwirze wodę, patrzała, jak wielkie krople, uderzając o kamienie, rozpryskiwały się w srebrne pyły. Nad rozpadliną szumiało kilka karłowatych sosenek, a po chwili załopotały tam skrzydła ptasie. Marcysia podniosła głowę, zasmucona twarz jéj błysnęła radością. Różowy gołąb’ kołysał się na gałęzi nizkiéj sosny i wyciągając głowę spoglądał na nią z góry. Rzuciła dzbanek na źwir, wyciągnęła ku niemu obie ręce i zaczęła go wołać, a gdy ptak, posłuszny znajomemu i przyjaznemu głosowi, zleciał na jéj ramię, przytuliła go do piersi i, z ustami przyciśniętemi do jego skrzydeł, kołysała go jak dziecię, szepcąc długo:
— Lubusiu! oj, Lubusiu! Niéma Władka! niéma! niéma! niéma!
Gdy wracała, dzban napełniony wodą, był tak ciężki, że niosące go ramię jéj uginało się aż prawie ku ziemi, a na policzki wystąpiły rumieńce wysilenia. Nad nią, niżéj, to znowu wyżéj, leciał gołąb’. Spoglądała ku niemu od chwili do chwili i uśmiechała się.
W godzinę potém, Wierzbowa ubrana już w zwykłą swą kwiecistą wełnianą suknią, dużą chustę i biały czepiec, wyszła do miasta, a wnet po wyjściu jéj Marcysia otworzyła na oścież jedno z okienek chaty. Przez okienko to można było widzieć ją krzątającą się w ciemnawém, okopconém wnętrzu izby, zamiatającą podłogę ogromną miotłą, ścielącą łóżko, rozniecającą ogień i przystawiającą do niego garnek z wodą i ziemniakami. Na stole stała szklanka z niedopitą przez Wierzbową herbatą, i leżały resztki nie dojedzonéj bułki. Na oknie siedział Lubuś, dziobiąc garstkę grochu i okruchy chleba. Marcysia spełniła gospodarskie czynności, w które się już była przez rok ubiegły wprawiła, a potém wyszła do ogródka, usiadła na zagonie i pléć poczęła warzywo. Lubuś poleciał za nią. Pieląc, dziewczynka wzdychała często i wstrząsała głową. Wkoło niéj szczebiotało ptactwo a w oddali, za rzeką, gwarzyło i szumiało miasto. Od chwili do chwili podnosiła głowę i przechylała ją w stronę miasta. Zdawało się, że w gwar i szum, dolatujący ztamtąd, wsłuchiwała się z natężeniem. Myślała może, iż zdoła wśród tysięcy zmieszanych tam głosów rozróżnić głos przyjaciela...
Od dnia tego, z ulic miasta żebrząca tam wprzódy bosa dziewczynka zniknęła. Z rozkazu Wierzbowéj, Marcysia chodzić zaczęła na zarobki. Z rana, przed wschodem słońca jeszcze, nosiła dla zamożniejszych rodzin przedmiejskich dzbany krynicznéj wody. Potém pełła warzywo i oczyszczała ścieżki w ogrodach, pomagała praczkom płukać w rzece bieliznę, w jarze zbierała berberys i głóg, a na polach zioła, i sprzedawała je na rynku miejskim lub w aptekach. Pieniądze, otrzymywane za to wszystko, odnosiła Wierzbowéj, która od czasu, gdy korzyść z niéj ciągnąć zaczęła, była dla niéj łagodniejszą i łaskawszą, często jednak wspominała o tém, iż z łaski trzyma ją u siebie, bo matka jéj dawno już zapomniała o swych przyrzeczeniach.
Istotnie, Elżbietka przez piérwsze tylko kilka miesięcy przysyłała przyrzeczoną Wierzbowéj sumę, przyczém dołączała kartkę grubego papieru, na któréj ktoś, uproszony przez nią, (sama nie umiała pisać) zapytywał: czy Marcysia żyje, zdrowa i dobrze się prowadzi? Potém pieniądze i kartki z zapytaniami przybywały coraz rzadziéj, aż w drugim roku pobytu Marcysi u Wierzbowéj całkiem przybywać przestały.
— Albo umarła, albo rozpiła się do reszty — mówiła Wierzbowa do Marcysi i dodała: — najpewniéj i jedno i drugie. Rozpiła się do reszty i umarła gdzieś pod płotem, albo w szynku pod ławą.
To téż bez ogródek żadnych udzielane jéj wiadomości o matce, zdawały się z pozoru mało obchodzić Marcysię. Od dnia odejścia Władka, stała się ona bardziéj milczącą, jak wprzódy, spowolniała, chodziła i pracowała najczęściéj w milczeniu. Dowiadując się o ostateczném zamilknięciu matki, nie smutniała więcéj, tylko w dniach, w których Wierzbowa najszerzéj się o tém rozgadywała, Marcysia kładąc się do snu, na sienniku, umieszczonym pod piecem na ziemi, wzdychała głośno po kilka razy. Czy przypomniała sobie wieczory, nieczęste wprawdzie, w których matka zanosiła ją na ręku do nędznego łóżka swego, siadała przy niéj i, cerując starą odzież, usypiała ją piosenkami i bajkami? Zdawało się nawet, że im dłuższy czas upływał od rozstania się jéj z matką, im bardziéj, po rozłączeniu się z nieodstępnym towarzyszem swego dzieciństwa, czuła się samotną i osieroconą, tém częściéj przypominała sobie matkę i tém jaśniejszą, powabniejszą stawała się jéj postać. Jakie rojenia i dumy zjawiały się teraz w głowie dziewczynki téj o łagodnych, smutnych ustach i wzroku, spuszczonym najczęściéj ku ziemi, jakie tęsknoty i bóle kładły się na jéj sercu — trudno-by odgadnąć i ona sama nie potrafiła-by pewno opowiedziéć. Ale gdy czasem, w chacie i naokoło, daleko, nikogo nie było, w ciszę głęboką mieszał się tylko odległy szum miasta, a z blizka przerywały ją urywane świegoty wróbli; gdy w głębi jaru szumiały stare wierzby, a za jarem, po złotych polach, rozchodził się od czasu do czasu przeciągły pokrzyk oracza, lub chichot wesołéj żniwiarki: samotne dziecko, siedzące na skopanéj ziemi ogródka i wyrywające z zagona dzikie, kolące zielska, podnosiło głowę, powłóczystém, przygasłém spójrzeniem wiodło za różowym gołębiem, przechadzającym się po dachu chaty i, przypominając sobie jednę z pieśni matczynych, zawodziło: