— Będę ja jego pytał się! tam, na Nizkiéj ulicy, jest takie miejsce, gdzie każdy sobie gra, kto chce... i Franek gra, bo już umié... Szczęśliwy ten Franek! zawsze piérwéj do wszystkiego dopadnie, niż ja... prawda, że starszy, no, i ojciec jego, który za lokaja służy, lepiéj go kierował, niż mnie ta wiedźma...

— Wiész? — mówił daléj — jak na tych czerwonych krzesłach dobrze siedziéć... tak miękko! Wczoraj, kiedy goście porozchodzili się, siadłem sobie na krześle i tak wyspałem się, jak w łóżku.

W ogóle znać było, że czuł się zadowolonym z położenia swego, i że w głowie roiły się mu niejasne, lecz gorące pożądania i nadzieje. W kilka tygodni potém, przyszedłszy po raz drugi, z zamyśleniem rzekł do Marcysi:

— Dochodzą ludzie... dojdę i ja! umiem już zgrabnie podawać gościom lody i czekoladę, a stryj zrobi mię prędko markierem.

— Co to? — zapytała.

— Markier, chłopiec, co przy bilardzie stoi i liczy, ile kto przegrał, albo wygrał. Będę stał przy bilardzie, patrzał i uczył się...

Skarżył się tylko na żonę stryja, że łaje go często, krzykliwe dzieci swe nosić mu każe i do herbaty daje chleb bez masła.

— Ale to nic! — dodał — zawsze tam życie, jak raj, w porównaniu do tego, co wprzódy było. Gdzie zaś! Człowiek sobie zje dobrze, wyśpi się wygodnie, i pomaleńku uczy się, jak obracać się w świecie. Żebyś ty tam była, tobyś gębę otwierała, słuchając, jak u nas goście pomiędzy sobą rozmawiają. Nie zrozumiała-byś nic a nic. I ja wprzódy nie rozumiałem, ale teraz zaczynam rozumiéć... No zgadnij, o czém oni najczęściéj gadają?

— O czém? — zapytała Marcysia.

— O pieniądzach! — odpowiedział z powagą. — Tak, tak — dodał — na tém świat stoi. Kto grosza nie ma, ten grosza nie wart... a kto go ma! hej! hulaj dusza! wszystko za pieniądze... i buty, i surdut, i jedzenie, i zabawa!