Wstał, wyciągnął się i, wskazując palcem biały, obszerny dom ogrodnika, nad samym brzegiem rzeki, na krawędzi miasta stojący, rzekł:
— Żeby choć takim bogatym być, jak te ogrodniczysko... Franek tam teraz do kopania najmował się... mówił, że on pieniądze w skrzyni na strychu chowa...
Chciał mówić daléj, ale przerwała mu Marcysia:
— Patrzaj! patrzaj Władek! — zawołała i wyciągniętym palcem wskazywała coś w powietrzu.
Lubuś wracał z odległéj wycieczki jakiéjś, szybkim lotem zlatywał ku niéj i usiadł na jéj ramieniu. Ujęła go w obie dłonie i Władkowi podawała.
— Jaki on dobry! — mówiła — wiész? on ciągle za mną lata...
Chłopiec nie patrzał na nią ani na gołębia. Wzrok jego, roziskrzony pod żółtemi brwiami, tonął w gęstwinie domów miejskich, jakby śród niéj szukał czegoś i upatrywał. Po ustach biegały mu przelotne uśmiechy.
— Adie! — zawołał i, nie spojrzawszy na dziewczynkę, siedzącą z gołębiem w dłoniach, pobiegł ku miastu.
W jesieni i w zimie przychodzić zaczął daleko rzadziéj.
Zimowe wieczory gwarnie najczęściéj schodziły w chacie Wierzbowéj. Posiadała ona liczne stosunki pomiędzy klasą miejskich służących, którzy téż przybywali do niéj tłumnie, to prosząc o nastręczenie służby, to żądając pożyczki, to wprost na pogadankę ze starą i pohulanie sobie u niéj w wesołéj kompanii. Wierzbowa pogadanek i pohulanek nie unikała. Owszem, służyły jéj one za sposób przyciągania ku sobie ludzi, względem których odegrywała rolę pająka, łowiącego w sieci swe muchy i żywiącego się niemi. Powiadano, że zbierała pieniądze; co pewna, to że kupiła już na własność chatę, w któréj mieszkała, i przylegający do niéj ogródek, a w rzadkich chwilach wywnętrzań się opowiadała o marzeniach swych, których celem była mała kamieniczka, wznosząca się na przedmieściu białemi ścianami po nad nizkie, szare domki.