Czyś się w wodzie utopiła, czy w ogniu zgorzała?
Dom bogatego ogrodnika, biały i obszerny, stał naprzeciw chaty Wierzbowéj, rozdzielony z nią tylko stokiem góry, kilku przedmiejskiemi domkami i rzeką, ku któréj spuszczał się należący doń rozległy, cienisty ogród.
W ogrodzie tym, śród grusz i jabłoni, okrytych pożółkłém liściem, Marcysia, z kilku dziewczętami różnego wieku, stała na zagonach i z czarnéj, pulchnéj ziemi, wykopywała warzywo. Powietrze było przejrzyste, rzeźwe, osrebrzone nićmi pajęczyny, wieszającemi się po drzewach i krzakach; żelazne rydle wesoło pobrzękiwały, uderzając o kamienie, lub twarde bryły ziemi; dziewczęta pracując, gwarzyły, chichotały i przyśpiewywały. Marcysia, jak wczoraj gałęź powoju, tak dziś w warkoczu miała wielką czerwoną georginią. Wywołane zmęczeniem rumieńce, ożywiły twarz jéj bladawą i przychudłą. Mniéj gadatliwa od towarzyszek, od chwili do chwili nuciła pieśni, któremi matka na całe życie już napełniła jéj pamięć, a błyszczącemi oczyma rozglądała się dokoła, pomiędzy drzewami i ścieżkami ogrodu. Przychodząc, znalazła tu Franka, który od dwóch miesięcy przyjął był u ogrodnika stałą służbę, a dziś powiedział jéj, że wnet — wnet nadbieży do ogrodu Władek, aby pomówić z nim o ważnym jednym interesie.
Nagle przestała nucić i rozglądać się, utkwiła wzrok w ziemi i pilnie kopać zaczęła. Na ścieżce przy zagonach stanął młody syn ogrodnika i przemówił do niéj:
— A gdzież jest gołąb panny Marcyanny?
— Został się w domu, — odpowiedziała niechętnie i mrukliwie.
Chłopak, śmiały i z pańska ubrany, zbliżył się i z cicha, żartobliwie przemawiać do niéj zaczął. Widząc to, dziewczęta, mrugały do siebie, niektóre spoglądały z zazdrością na ognistowłosą dziewczynkę, która ściągnęła na siebie przychylną uwagę ładnego i bogatego chłopca, a przytém zwykłego nadzorcę ich robót. Ale ona nie odpowiadała na zaczepki, żarciki i grzeczne jego słówka; aż kiedy młody człowiek, schyliwszy się, szepnął jéj coś do ucha, zwróciła ku niemu twarz tak rozjątrzoną, z tak gwałtownie iskrzącemi się oczyma, że próbował rozśmiać się, ale nie mógł; rozgniewał się, zląkł się może, aby go przed ludźmi grubiańskiém słowem jakiém nie zawstydziła, i odszedł. Wtedy Marcysia podniosła głowę, oparła obie ręce na rydlu i z zaciśniętemi zębami zaklęła:
— Żeby go dyabli wzięli z jego żartami i z jego kochaniem! Jak mi do reszty zbrzydnie, to tak dam rydlem, że... popamięta!
W téj saméj chwili twarz jéj, wzburzona i chmurna, rozjaśniła się i złagodniała. Rysy zmiękły, rumieniec zbladł, usta drgnęły uśmiechem nieopisanéj radości i słodyczy. Rzuciła rydel i pobiegła w głąb’ ogrodu, gdzie pomiędzy gęstwiną drzew zaszarzały dwie męzkie postacie.