— Władek! — zawołała i zdyszana stanęła przed towarzyszem dzieciństwa swego, którego od roku blisko nie widziała. Zaledwie poznać go mogła. Urósł, zmężniał i miał na sobie czarne ubranie, które jéj wydało się wytworném. Stanęła przed nim, jak wryta, i patrzała mu w twarz promiennym i zarazem nieśmiałym wzrokiem. On uśmiechnął się téż przyjacielsko i z uradowaniem widoczném.

— Jak się masz, Marcysiu! — rzekł. — Oho! jaka ładna zrobiła się z ciebie dziewczyna!

Zapłoniła się gorącym rumieńcem, od gładkich pasem złotych włosów, aż po skraj grubéj koszuli.

— Władek! — szepnęła z wahaniem, — jaki z ciebie... zrobił się... panicz!

— A widzisz! — rzekł tryumfująco, — kto za szczęściem goni, ten je i dogoni czasem. Nie takim ja jeszcze będę kiedyś paniczem.

Przybliżył się do niéj i z cicha mówić zaczął:

— Ot jakoś dawno już nie widzieliśmy się z sobą, Marcysiu! A śliczna dalibóg z ciebie teraz dziewczyna! No, prawdę mówiąc, dobraś ty była zawsze i milutka! jak będziesz dziś wracać z miasta, zatrzymaj się przy moście. Ja cię tam spotkam i odprowadzę do chaty. Czy dobrze? będziesz czekać na mnie przy moście?

— Dobrze! będę! — odpowiedziała z cicha.

— A teraz, — dodał Władek, — idź do swojéj roboty... ja tu muszę z Frankiem pomówić o ważnym interesie i nie trzeba, żeby, szukając ciebie, mnie tu zobaczyli...

Odeszła i widziała z daleka, jak, ukryci za drzewami i wysokim płotem, dwaj chłopcy rozmawiali ze sobą z tajemniczemi i zarazem ożywionemi giestami, naradzając się niby nad czémś i umawiając. Potém Władek przebiegł koło płotu, niedaleko zagonów, śród których stała Marcysia. Wesoły był, oczy mu błyszczały i pogwizdywał z cicha, a spojrzawszy na Marcysię, wykrzywił do niéj twarz i podskoczył w ten sposób, jak to miał zwyczaj czynić, gdy był ulicznikiem i chciał ją do serdecznego śmiechu pobudzić.