Po zachodzie słońca, Marcysia stała długo na moście i, wsparta o jego poręcz, patrzała w głąb’ ulicy. Niebo spochmurniało, w dole z szumem wielkim szeroko rozlana rzeka toczyła białe piany. Koło niéj przechodzili ludzie i mówili, że jutro zapewne rozbiorą i zdejmą most, bo rzeka wciąż przybiera. Ona nic nie słyszała; stała, patrzała i czekała. Zmrok zapadł... przechodzień jakiś przesunął się blizko niéj i usiłował w twarz jéj spojrzéć. Odwróciła się prędko i uciekła.

Biegła na górę i coraz jeszcze oglądała się za siebie.

— Oj Bożeż ty, mój Boże! — szeptała, — nie przyszedł! nie przyszedł! taki nie przyszedł!

U szczytu już prawie góry zaskoczyła jéj drogę męzka jakaś postać i w mgnieniu oka otoczyła ją ramionami.

Dziewczyna zaszamotała się i krzyknęła:

— Puśćcie mnie! czego wy chcecie ode mnie! puśćcie!

— Oho! — odparł młody syn ogrodnika, — że nie puszczę teraz, to nie puszczę! Nie na toś ty taka śliczna, żeby...

Nie skończył, bo ramię jakieś silne i rozgniewane pochwyciło go za odzież i odtrąciło daleko.

— Władek! — zawołała dziewczyna.

— Cicho! — odpowiedział, — nie krzycz! chodź!