Wziął ją za rękę i prowadził ku jarowi, w którego głębi zniknęli oboje.
Syn ogrodnika tymczasem zapukał z lekka do oświetlonego okienka chaty.
— Mam interes do pani Wierzbowéj, — zawołał.
— Proszę wejść! — odpowiedziała.
Wszedł, usiadł obok staréj na ławie i zaczął jéj o czémś szeptać tajemniczo i długo. Parę razy schylił się i pocałował ją w ramię. O coś prosił, coś obiecywał... Wierzbowa wstrząsała głową żartobliwie niby i pobłażliwie, uśmiechała się, to znowu gniewała się jakby i groziła...
W téjże chwili, w jarze, pod wierzbami, w grubym mroku, śród którego mdłém światłem pobłyskiwała tu i owdzie woda sadzawki, Marcysia i Władek rozmawiali z sobą stłumionym szeptem.
— Coś ten frant Antek bardzo bierze się do ciebie! — szepnął naprzód chłopiec.
— Bierze się! — odszepnęła dziewczyna.
— No a ty? — zapytał śpiesznie.
— A niech go licho porwie! — sarknęła, — żeby on wskróś ziemi przepadł!