— Co? — zapytała.
— Na co ci to wiedziéć, — ofuknął popędliwie, — milcz i nie pytaj... Kiedy uda się, przyjdę tu, zabiorę ciebie i pojedziem razem na skraj świata, a kiedy nie uda się, to... tyle mnie oczy twoje widziéć będą! Już tak! Król albo Cygan! nie czekać mi dłużéj na szczęście, tylko iść i samemu brać, a jeżeli nie da się wziąć, buch w niedolę czarną! jak kamień w wodę!
Osłupiała ze zdziwienia; słuchała urywanych słów jego, nic a nic ich nie rozumiejąc. Trwoga nieokreślona ścisnęła snadź jéj serce, bo znowu zarzuciła ramiona na szyję towarzysza i usiłowała śród ciemności spojrzéć mu w twarz. Zobaczyła, że rysy jego sztywne były, a spuszczone oczy nieruchomém wejrzeniem patrzały w wodę. Tknięta jakby przypomnieniem nagłém, szepnęła:
— Pamiętasz? jakeś się skarżył przede mną, że matka cię odumarła, a ojciec rzucił i że ci źle bardzo przy ciotce... zawsześ wtedy tak samo w wodę patrzał, jak teraz!
— Bodaj-bym się był wtedy utopił! — wyrzekł głucho.
— Aj! Władek! Władek! — krzyknęła.
— Cicho! nie krzycz! ja chciał-bym, żeby od tego momentu aż po jutrzejszy ranek, cicho było wszystko na świecie, jak... na mogiłkach... i żeby ludzie wszyscy posnęli, jak umarli... Skarżyłem się na sieroctwo moje i na te kułaki, któremi mnie ciotka plecy okładała, i na głód, i na chłód, i w wodę wtedy patrzałem, a ty co? ty wtedy żałowałaś mnie... sierotą będąc, tak jak ja... agrest mi na pocieszenie przynosiłaś, bajki gadałaś i bułki wyżebrywałaś... dobraś ty była... ja tobie tego nigdy nie zapomniał i dziś, kiedy na ciebie spojrzałem, wszystko mi odrazu w oczach stanęło... ty moja!
I znowu objął ją w uścisk silny, namiętny, a usta swe do ust jéj przybliżył, ale nagle wyprostował się i ramiona mu opadły. W dali, kędyś koło rzeki, rozległo się przeciągłe, ostre gwizdnięcie.
— O! już woła! — szepnął, — Franek woła — i zrobił ruch taki, jakby chciał zerwać się z ziemi. Nie zerwał się jednak.
— Jeszcze troszkę, — rzekł, — jeszcze troszkę przy tobie posiedzę...