Niebo było pochmurne, deszcz padał ciągle, to silniejszy, to słabszy; Wierzbowa nie poszła do miasta i Marcysi nie kazała iść na robotę. Dziewczyna, uprzątnąwszy izbę i zgotowawszy śniadanie, postawiła przy piecu balią z wodą, i trochę grubéj odzieży prać zaczęła. Do izby weszła stara kobiéta, trudniąca się roznoszeniem mleka po przedmieściu.

— Czy nie kupicie dziś odrobiny mleka? — zapytała z progu.

— I owszem, — odpowiedziała Wierzbowa, robiąc przy oknie wełnianą pończochę, — dajcie kwaterkę!

Kobiéta weszła, i konewkę z mlékiem przykrytą od deszczu płachtą płócienną, stawiając na ławie, zaczęła:

— A wiecież o nowinie?

— O jakiéj nowinie? — ciekawie zapytała Wierzbowo.

— A no, pana ogrodnika, tego... co to za rzeką... bogaty taki, złodzieje okradli tej nocy!

— Jezus, Marya! okradli! i cóż?

— A cóż? złapalić jednego, ale tego właśnie, który pomagał tylko i puste ręce miał, a drugi z pieniędzmi uciekł... Ponoś ogrodnik był z synem kędyś na chrzcinach, parobcy pospali się... ale nade dniem jeden obudził się i światło na strychu zobaczył... a strych był pod kluczem i okna z żelaznemi kratami...

— No, to jakżeż się oni tam do niego dobrali?