— Zwyczajnie, domowa sprawa, dobrodziejko! Własny ot chłopiec ogrodnika, ten ponoś nic dobrego, Franek, był tam robotnikiem głównym.

— A tobież-co? — krzyknęła Wierzbowa, wpatrując się w Marcysię, która w téj chwili wypuściła z ręki blaszane naczynie, w które mleczarka wlewała mleko, i stanęła jak skamieniała.

— Ot i mleko rozlała! — wyrzekła stara, — czy nieczysty ją opętał... całą noc spać mi nie dała, stękając wciąż a wzdychając, teraz, ot, ręce jéj raptem zesłabły...

— Może chora? — zagadnęła mleczarka.

— A może, — obojętnie rzuciła Wierzbowa, i daléj ubolewać zaczęła nad rozlaném mlekiem.

Po chwili rozmowy mleczarka odchodziła, Wierzbowa zawołała za nią.

— A nie wiecież, matko, kto-to był ten drugi?

— Jaki drugi?

— A ten, którego złapali?

Teraz Marcysia pochyliła się nad balią i tak silnie pocierać zaczęła grube szmaty, że aż woda wylewała się przez wszystkie brzegi.