— A któż? aściny wychowaniec, a jéj... kochanek! — odrzekł młody chłopiec, i śmiejąc się na-pół ze złością, na-pół z zadowoleniem, usiadł na ławie.

— Kłamiesz! — ciszéj jednak, niż wprzódy, powtórzyła Marcysia, rękę trzymając już na klamce drzwi, a chciwe oczy zatapiając w twarzy mówiącego.

— Ale! — odpowiedział, — piękne kłamstwo! prawda to, jak złoto i jak dzień! Przecież złapali go tuż prawie pod domem i zaraz przyznał się... Cały już dzień siedzi w policyi, a ot teraz, w tym momencie może, prowadzą go do turmy.

Dziewczyna wypadła z izby i jak błyskawica przebiegła pod oknami chaty. Nikt jéj nie gonił.

— Niech leci sobie, — szepnął syn ogrodnika, — teraz już pewno nie dopuszczą jéj do niego.

Wierzbowa milczała. Coś, jakby wstyd czy żal zamykał usta jéj i w dół opuszczał powieki.

Marcysia przybiegła nad brzeg rzeki zdyszana, bez głosu. Most do połowy już był rozebrany i przejść przez niego nie było sposobu. Promu jeszcze nie zaciągnięto na rzekę. Wielkie czółno, w miejscowym języku zwane czajką, odpływało od brzegu.

Dziewczyna schwyciła się za piersi, i ochrypłym a jednak przeraźliwym głosem krzyknęła:

— Czajka! oj! czajka! wróćcie się! jeżeli Boga macie... w sercu.

Ostatni wyraz wymówiła zaledwie już dosłyszalnie, ale z razu głos jéj brzmiał taką rozpaczą i takiém błaganiem, że ludzie, kierujący czółnem, zwrócili je ku brzegowi. Wskoczyła w czółno i opadła na dno jego bezsilna; zaledwie jednak dopływać ono zaczęło do przeciwległego brzegu, porwała się i wyskoczyła z niego w wodę. Czółno posuwało się dla niéj z powolnością, zupełnie do wytrzymania niemożliwą. Nie zważając na krzyki, ostrzeżenia i pogróżki, które rozlegały się za nią, brnęła w wodzie po pas, po kolana, potém wyskoczyła na brzeg, i jak wicher pobiegła ku środkowi miasta.