Wiedziała, gdzie znajdował się budynek, w którym pod strażą policyi przytrzymywano złoczyńców przez czas wstępnego dochodzenia śledczego, a przeciw któréj stał wielki, ponury, okratowanemi oknami z za wysokich murów wyglądający, gmach więzienny. Wpadła na ów plac miejski i stanęła jak wryta.
Przez plac, od budowy zarządu policyjnego ku więziennemu gmachowi, posuwała się szybko grupa ludzi, złożona z kilku żołnierzy uzbrojonych i idącego pośród nich człowieka. Wysoko ku górze sterczące bagnety, suchemi, czarnemi liniami przerzynały zmrok zapadający i mgłę drobnego deszczu; wśród nich ukazywał się chwilami, to znikał znowu, profil twarzy, ocienionéj zmiętą czapką, bardzo młodéj, bardzo bladéj i pochylonéj nizko. Marcysia biedz zaczęła z całéj siły ku sunącéj placem grupie ludzi. Dogoniła ją przed samemi drzwiami więzienia, i z giętkością węża wśliznęła się pomiędzy żołnierzy.
— Władek! — krzyknęła, obu rękoma czepiając się młodego winowajcy.
Obejrzał się, spojrzał na nią. Zobaczyła, że wzrok błyszczał mu ponuro, że usta mu drgały, że chciał powiedziéć coś do niéj — i nic więcéj, bo żołnierze odepchnęli ją tak, że aż upadła na bruk chodnika, a więźnia wprowadzili w ciemną, głęboką, sklepioną bramę, za którą wnet zamknęły się ze stukiem i zgrzytem, wielkie, okute żelazem, drzwi.
Upadła na bruk chodnika, przycisnęła czoło do muru, i ręce utopiwszy we włosach, krzyknęła wielkim płaczem.
— Czego krzyczysz? idź precz! — ozwał się nad uchem jéj głos przechodzącego policyanta.
Targnął ją za ramię.
— Idź ztąd precz! — powtórzył.
Ucichła w mgnieniu oka, ale głowy od muru nie odrywała. Policyant pochwycił ją wtedy za oba ramiona i podniósł z ziemi. Szamotała się mu w rękach i stłumionym głosem szeptała:
— Już będę cicho... cichuteńko! pozwólcie mi tylko tu zostać — Pochyliła się i zaczęła mu ręce okrywać pocałunkami.