— Co jéj z tego, że wróciła? jaka była, taka jest.

Mleczarka wzdychała:

— Ot, że to grzesznikowi Pan Bóg łaski swéj nie okaże, aby nawrócił się!

Jeden z mężczyzn zaśmiał się na całe gardło.

— Imość nawrócisz się, jak szklanicę spirytusu wychylisz...

Ołachmaniona żółta kobieta patrzała na otaczających i przemawiających do niéj ludzi omglonemi oczyma i z ckliwym uśmiechem na wygiętych, pokurczonych ustach. Nie była już zupełnie przytomną.

— Ot, wróciłam! — zaczęła, — otóż wróciłam! do Marcysi mojéj, do doni mojéj... do dziecka mego rodzonego wróciłam... niech ją jeszcze oczy moje raz przed śmiercią zobaczą!...

— Ucieszy się donia, jak matulę taką zobaczy! — mruknęła rozczochrana dziewczyna.

Elżbietka zapuściła rękę w kieszeń spodnicy, opadającéj z niéj łachmanami, i wyjąwszy z niéj brudną szmatkę płótna, zaczęła drżącemi palcami rozwiązywać róg jéj, związany w węzełek. Rozwiązała i wydobyła kilka miedziaków, które rzuciła na stół.

— Matulu! dobrodziejko moja! — zawołała do Wierzbowéj, — sprawcie bal... zapalcie spirytusu odrobinę... niech sobie dawne czasy... lepszą dolę przypomnę...