— A jak to wygląda, — zauważył jeden z mężczyzn, — gdyby topielica!
Usłyszawszy ostatni wyraz, Marcysia stanęła i wpatrzyła się znowu w matkę. Coś się jéj przypomniało, coś w głowie jéj zaszumiało, bo, ze wzrokiem szklistym, machinalnie, monotonnym głosem, mówić zaczęła:
— Topielice na dnie wody spokojnie sobie leżą... w pachnące ziele owinięte, złotym piaskiem przysypane.
Podniosła ręce do głowy i rzuciła się ku drzwiom.
— Trzymajcie ją, a to utopi się jeszcze, — krzyknęła Wierzbowa.
Jeden z mężczyzn pochwycił ją, i opierającą się przyciągnął ku stołowi. Trzęsła się z zimna od stóp do głowy, i łamiąc ręce, cicho już szeptała:
— Biedny mój Władek! biedny, biedny, biedny!
— Ot, dajcie jéj napić się, — rzekła kabalarka, — a to febry, albo, broń Boże, i gorączki jakiéj z przemoknięcia dostanie!
— No pij! a przestań skandale tu dokazywać i ludzi straszyć, — mówiła Wierzbowa, nalewając do czarki zaprawny cukrem spirytus.
Elżbietka, roztwierała przed nią wpół-bezwładne ramiona, i chwiejąc się na nogach, bełkotliwie szeptała: