— Pij doniu, pij! to dobre na robaka lekarstwo! Zapomnisz, taj zaśniesz sobie!

Czy w téj chwili zagrała w żyłach jéj krew matki pijaczki, czy niewysłowionym czarem uśmiechnęła się do niéj nadzieja zgaszenia tego bólu, który piekł jéj piersi, czy, pijana już rozpaczą, nie wiedziała dobrze, co robić?... porwała z trzęsącéj się ręki matki czarkę, pełną dymiącego napoju, i wychyliła ją do dna.

— Aj! — jęknęła, chwytając się za piersi i gardło, ale w mgnieniu oka na śmiertelnie bladą twarz jéj wybuchnął rumieniec, oczy spłakane oschły i zaiskrzyły się, jak czarne brylanty. Uczuła snadź ulgę, bo wyciągnęła rękę.

— Dajcie więcéj, — zawołała.

Elżbietka płakała.

— Oj, doniu moja — szeptała, szlochając — taka już widać dola twoja będzie jak i moja!...

Ramię z którego opadały łachmany rękawa, wyciągnęła ku kotłowi, napełniła czarkę drugą i podała ją córce.

Wypiła znowu i opadła na ławkę. Przycichła, znieruchomiała. Rysy jéj zmiękły, błędny uśmiech przewinął się po rozczerwienionych, jak koral, ustach. Mętnym wzrokiem wodząc chwilę po obecnych i jakby sobie coś przypominając, westchnęła głęboko, załkała bez łez i żalącym się drżącym, przyciszonym głosem śpiewać zaczęła.

— Pod drzewem przy drodze

Spało sierot dwoje,