— Panie Hebel, winszuję ci syna. Jak-em Odrowąż, dzielny to chłopak!

Przybywszy do Olska, po dwuletniéj tam niebytnosci, Roman nie mógł nacieszyć się widokiem miejsc rodzinnych. Biegał po stromych urwiskach góry, przypominając sobie lata chłopięce, odwiedzał wioski, zachodząc do skromnych mieszkań towarzyszy i przyjaciół ojca swego, i pełną piersią oddychał wonném powietrzem kwitnącéj doliny. Stary ojciec patrzał na niego z rozkoszą i, mimowoli składając ręce, dziękczynne westchnienie posyłał do tego Boga, którego czcił i chwalił całém swém pracowitém, prostaczém a niepokalaném życiem.

W kilka dni po przyjeździe swym do Olska, wraz ze wschodem słońca, Roman stał na ganeczku starego domu i opowiadał o czémś ojcu, siedzącemu z dłutem w rękach, które tylko co pracować przestały. Syn i ojciec gwarzyli i śmieli się wesoło, a jaskółka, jakby rozmowa ich spać jéj nie dawała, wychyliła główkę z gniazdeczka i odzywała się niekiedy cichutko, niby wtrącając się do gawędki, albo gdérząc na gospodarzy domu, że spać już nie idą.

Nagle Roman przestał rozmawiać i wpatrzył się z natężeniem w stronę drogi, wiodącéj ku pałacowi. Drogą tą zbiegała z góry lekka postać kobieca, w białéj sukni. Zmrok zaczął dopiéro zapadać, i choć rysów kobiety nie można było widziéć z oddali, kształty jéj pięknie zarysowywały się na szarém tle widnokręgu, i warkocze jaśniały nad jéj czołem, jak aureola z bladych promieni. Zbiegła z góry, stanęła na mostku, i, oparłszy się na jego krawędzi, zaczęła patrzéć w bystro płynącą rzeczkę.

— Ojcze, kto jest ta pani? — spytał Roman.

Stolarz pochylił się, popatrzył i odrzekł:

— To panna Lilla Odrowążówna, synowica dziedziczki Olska i pana Wincentego.

— Ona tutaj! Lilla jest tutaj — zawołał Roman z takim giestem, jakby coprędzéj chciał poskoczyć ku stojącéj z dala dziewicy.

Hebel ze zdziwieniem spojrzał na syna.

— Alboż ją znasz? — zapytał.