— Widywałem przed rokiem pannę Odrowążównę w domu pana Wincentego w Krakowie — odpowiedział, miarkując się i spokojniéj, młody prawnik.

— Było to zapewne przed przyjazdem jéj tutaj.?

— Niezawodnie; alem ja wcale nie wiedział, dokąd wywiózł ją pan Wincenty, a pytać go o to nie śmiałem...

Nie dokończył słów swych Roman, bo w powietrzu rozbrzmiał po dolinie śpiew pół wesoły, pół rzewny, dziewiczy, i popłynął nad wodę, w dal, odbijał się o wzgórza i wracał od nich, zdwojony echem, brzmiącém przeciągle w cichém, czystém powietrzu. Lilla śpiewała, patrząc w wodę, w któréj zaczynały przeglądać się piérwsze gwiazdy wieczorne.

— O tak, to jéj głos! — zawołał Roman — poznał-bym go na drugim końcu świata! — I znowu poruszył się, jakby chciał biedz ku niéj, ale silną powściągnął się wolą i, usiadłszy na ławce ganku, słuchał.

Późno już było; Lilla oddawna zniknęła z mostku i oddawna echa wzgórz przestały pieśń jéj powtarzać; stary Hebel spał w swym domu snem sprawiedliwego, i w gniazdku swém usnęła towarzyszka jego, jaskółka, a młody prawnik chodził jeszcze nad brzegiem rzeki i półgłosem nucił piosenkę Lilli.


Ranek był wczesny, słońce zaczynało dopiéro pokazywać się z za wzgórz łańcucha i, między drzewami porastającemi góry, migotało gdzieniegdzie to różowo, to złocisto; w gałęziach ptactwo świergotało zawzięcie; od doliny wiała woń rozbudzonych porankiem kwiatów.

Tuż za bramą, wiodącą do pałacowego parku, pod rozłożystym grubym dębem, siedziała na trawie Lilla, w białéj, jak wczoraj, sukni, z różową różą nad czołem. Na kolanach jéj leżał wielki pęk polnych kwiatów, z których drobne jéj rączki wiły różnobarwny wieniec; lekki powiew wstrząsał niekiedy liśćmi starego dębu, a wtedy na głowę jéj spadało mnóztwo srebrzystych kropel, niby drżącemi brylantami strojąc jasne włosy.

O kilka kroków za nią, z wązkiéj dróżki, prowadzącéj z doliny na górę, wychylił się młody człowiek z myśliwską torebką, przewieszoną przez ramię i, stojąc nieruchomie, wpatrywał się w siedzącą dziewicę z wyrazem twarzy, w którym była i łza, i uśmiech.