Lilla nuciła półgłosem; nagle urwała piosenkę, przestała splatać wieniec i cichutko szepnęła do siebie:

— Mój Boże, braknie mi liliowych dzwonków, trzeba pójść ich poszukać!

Młody człowiek obejrzał się wkoło siebie i ujrzał kilka bujnych łodyg, osypanych liliowemi dzwonkami; zerwał je w mgnieniu oka, a nim Lilla, zgarnąwszy kwiaty, leżące na jéj kolanach, powstać i obejrzéć się zdołała, Roman stał już przed nią z kwiatami w ręku.

Na to niespodziane zjawisko Lilla krzyknęła i spłonęła karminowym rumieńcem.

— Pani potrzebowałaś do wieńca swego dzwonków liliowych, a jam posłyszał jéj żądanie i byłem dość szczęśliwym, aby módz je uskutecznić — rzekł Roman z uśmiechem.

— Pan jesteś tutaj, w Olsku! — zawołało dziewczę z radośnym oddźwiękiem w głosie.

— Tak, pani, przyjechałem do mego ojca, nie wiedząc, że i panią tu znajdę.

— O, jakże to szczęśliwie! — zawołała z dziewiczą szczerotą Lilla i podała mu obie ręce; — ja tak często myślałam o tém, czy téż my kiedy spotkamy się jeszcze z panem.

— Więc pani myślałaś o mnie! więc pani mnie nie zapomniałaś! — rzekł z zachwyceniem Roman i przycisnął do ust jéj ręce.

— Ja-bym miała zapomniéć o panu! — zawołała Lilla; — chybaś pan sam zapomniał, jak nam dobrze i mile czas schodził razem, gdyśmy w Krakowie spotykali się u stryjaszka. W Olsku smutno mi bardzo... i choć ciocia dobra i ludzi wiele widzę, często myślę sobie, że gdybym jeszcze i pana widywać mogła, weseléj-by mi było na świecie.