*
W takich myślach, w takiem niejako zdawaniu przed samą sobą rachunku i sprawozdania pogrążona, długo nie spostrzegała dokoła siebie ani rzeczy, ani ludzi, aż nagle do słuchu jej przedarły się dźwięki głośne, metaliczne. Było to coś, jakby zaszczebiotanie ptaka, czy zadzwonienie kryształu lub srebra, czy gama, wzięta w wjolinie. Był to głośny śmiech dziecka. Nic ważnego ani szczególnego. W takich jak ten ogrodach publicznych znajduje się zazwyczaj mnóstwo gwarzących, śmiejących się dzieci. Jednak, po niezliczone razy słyszane i niesłuchane, tym razem szczebiot i śmiech dziecinny przebiły się do samej głębi jej słuchu, tak, że pochylona naprzód, oczyma szukała ich źródła. Ale maleńkie, różowe to źródło było już od niej dość daleko i przez chwilę tylko mogła widzieć drobną istotkę w różowej sukience, którą za rękę prowadził stary człowiek o plecach szerokich, przygarbionych, dość wytartą odzieżą okrytych. Plecy te i tę odzież zobaczywszy, więcej jeszcze pochyliła się i wytężyła wzrok. Wszakże to on... tak, tak, on, ten... „miłośnik ludzkości”, bankrut, prawie nędzarz, codziennie przechodzący przed jej oknami, z szyją wyciągniętą do włożenia obroży całodziennej! Dziś, dzień świąteczny, więc obroża zdjęta, i, czy podobna? czy podobna? Ten człowiek uśmiecha się, śmieje się nawet, czegoś się cieszy... On — ta ruina wszechstronna i — radość, dwa przeciwne bieguny, dwa różne globy. Dziewczynka mała, jak różyczka, słomianym kapelusikiem nakryta, a jej dziecinne stopki dziwnie pociesznie i śpiesznie drepcą obok stóp męskich, wielkich, ciężkich, grubo obutych. Głowa mała w słomianym kapelusiku ruchem ptaszęcym wznosi się ku twarzy dużej, tak zbrużdżonej jak niwa, którą wielokrotnie wzruszyły żelazne lemiesze. I oboje, ona z podniesioną ku niemu, on z pochyloną ku niej twarzą, patrzą na siebie i śmieją się. Romans dziadka z małą wnuczką. W dzień pogodny i świąteczny wesoły romans! Że dziecko śmieje się, rzecz prosta, ale ten biedak, niewolnik, przedwczesny starzec... Śmiech jego inny, niż śmiech dziecka. To raczej uśmiech tylko, ale szeroki, słoneczny; zmarszczki twarzy przerabia na promienie, w oczach krzesze promienie, po wargach zwiędłych wije się promieniem i nawet z brody osiwiałej czyni snop promieni srebrzystych. Jest to szczęście. Niepodobna omylić się. Człowiek ten w tej chwili jest szczęśliwy. Pogoda, święto, kochane dziecko. Nadewszystko — dziecko i to, że kochane. On wiecznie coś lub kogoś, a raczej i coś i kogoś musiał kochać. Przez to kochanie, jak przez dziurawe sito wysiał wszystko co miał... jednak i teraz jeszcze bywa szczęśliwy...
Zniknęli jej z oczu. Parę razy tylko, w oddali, wśród drzew zamigotała różowa sukienka... rzecz dziwna, ale prawdziwa, że dla niej było to zamigotanie — wspomnienia.
Rzecz dziwna, bo przecież często, niemal codziennie widuje różne dzieci i nie przypominają jej one nic. A teraz, to dziecko przypomniało inne, tamto, dawno zniknione...
Dlaczego teraz?
Któż to wiedzieć może? Płyną czasem powietrzem prądy niewidzialne i potrącają w nas struny śpiące. Spały te struny długo i zapewne śniły, gdy potrącone zbudziły się, wstają nad niemi sny ich i wchodzą do serca.
Skąd płyną prądy niewidzialne i dlaczego dziś właśnie, płynąc, budzą struny śpiące? Kto wiedzieć może?
Głośniejszy nieco szelest godzin martwych, silniejsze na dnie piersi zadrganie kropelki czerwonej, dźwięk dawno nie słyszany, światło nagle zgasłe, atom barwy czy woni, obłok, trochę mgły, trochę zawahania się myśli nad przepaściami... budzą się śpiące struny i wydają z siebie swe sny, które wchodzą do serca...
Po co sny strun obudzonych wchodzą do serca i budzą je do bólu?
Któż wiedzieć może?