Ta szczególniej para stópek drobnych, tak zabawnie drepcących, zupełnie taka sama, jak tamta. Ten sam wzrost i taka sama fala złotych włosów, opadająca na plecy. Nawet różowa sukienka była i ten ptaszęcy ruch głowy małej, podnoszącej się ku głowie większej — był. I — niema. Tak dawno już niema w rzeczywistości, że i w pamięci bywa rzadko. Mnóstwo dni upłynęło, odkąd ten gość z przeszłości po raz ostatni pamięć jej odwiedził. A teraz przyszedł znowu. Ze struny obudzonej występuje sen jej i w postaci drobnej, różowej istotki wchodzi do serca...

Egzaltacja! przesada! puste i płonne marzenia! Wspominać, znaczy to łowić wiatr, umkniony w pole niepowrotności. Chcieć zawrócić niepowrotność — myśl szaleńca. Szaleńców pełen świat, ale ona do tego gatunku nie należy. Opanowuje siebie, odpycha wspomnienie, od łona pamięci odrywa parę stopek drobnych i falę złocistych włosów. W inną stronę wzrok obraca, nie patrzy już na zieloną firankę, za którą zniknęła różowa sukienka dziecinna i zorana twarz przedwczesnego starca, ze słońcem szczęścia...

Podziwia piękność ukośnych cieni, które o tej zachodniej chwili ścielą się po rozległych trawnikach. Klomb róż płonie w blaskach zachodu, jak rzucony na trawnik płaszcz królewski i pyszniej od gronostajów bramuje go dokoła w śnieżne chryzantemy. U końca alei ukazuje się postać kobieca, mająca na sobie suknię nadzwyczajną. Nadzwyczaj kosztowna i nadzwyczaj modna suknia, ale...

Z jaką jednak rozkoszą i jakiem staraniem obuwała ona niegdyś te drobne stopki i zawijała w kędziory te złote włosy! Jak długo, jak strasznie tęskniła za niemi — gdy zniknęły. Tak długo, że tęsknota wywabiła jej z policzków rumieńce, z ust uśmiechy, z oczu blask, a z serca człowieka, z którym żyła, miłość dla niej. Nierozsądną jeszcze była wówczas, gdy nabrała rozsądku, wróciły do niej rumieńce, uśmiechy, blaski i — sympatje ludzkie. Skądże więc teraz... Jakaś niespodzianka...

Wolą rozkazuje oczom, aby przyglądały się ludziom, przechodzącym alejami parku blisko i nieco dalej.

Ludzkie ubrania, ruchy, twarze, to teatr, na którym często bawi się wybornie jej ironja. Z wielką łatwością spostrzega ludzkie fałsze, maski, podszewki, krzywizny, chromizmy i przyglądała się im z ironicznemi uśmiechami na ustach. Usta te są czerwone i uśmiechy dyskretne, z ostrzami zwróconemi na wewnątrz. Oddawna już ostrza uśmiechów ironicznych goryczy do wnętrza jej nie sączą. Owszem, doświadcza miłego uczucia przenikliwości własnej i cieszy się kontrastem usposobień swoich, spokojnych, szczerych, chłodnych, z niepokojem, obłudą i namiętnościami tych, którym się przygląda. I teraz również spostrzega parę pretensjonalnych ubrań kobiecych, parę niezgrabnie rozmachanych ramion, kilka twarzy wykrzywionych wesołością udawaną, kilka ukłonów, których uniżona giętkość spotyka się z wyprostowaną pychą. Zaczyna bawić się...

Wtem, nagle, wzrok jej więźnie w jednej postaci, która bardzo powoli przesuwa się o kilka kroków od niej, za rzędem zrzadka rozsadzonych drzew. Niewiedzieć dlaczego postać ta wzrok jej za sobą prowadzi, bo niema w niej nic niepospolitego, ani zabawnego i tem tylko się odznacza, że na zielonem tle parku, wśród pstrocizny ubrań i żywości poruszeń ludzkich sprawia wrażenie zadumanej i smutnej mary. Kobieta to dość wysoka, w czarnej sukni i czarnym kapeluszu na siwiejących włosach — nic więcej. Ale jest w niej cecha pewna, która wszystkie inne jej cechy zasłania, uderza w oczy i wprost z niej krzyczy. Z powolności jej chodu, który nigdzie i do nikogo nie śpieszy, z ust zgrabnych, lecz przez milczenie wygiętych w linję wąską i gorzką, z bladości policzków, do których nigdy gorąca fala radości nie uderza, z wygięcia naprzód szyi, przyzwyczajonej do chylenia w dół głowy zadumanej i przez ruch ten zgarbieniem lekkiem psującej kształtną jeszcze kibić, z wyrazu oczu pięknie wykrojonych, lecz które patrzą sztywnie lub błędnie, bo wiedzą, że nigdzie nie ujrzą nic miłego, nic jasnego, nic nadewszystko swego — uderza i krzyczy samotność.

Nie jest ta kobieta ubogą, ani zhańbioną, ani tylkoco ugodzoną przez łamiące się z trzaskiem drzewo naddrożne. Jest samotna. Czy towarzysze drogi jej pospadali jeden po drugim w przydrożny rów wieczności? Czy nigdy ich nie miała? Czy przeznaczenie o zamiarach tajemniczych, które krzyże różnych kształtów układa na dolach ludzkich, na jej doli taki krzyż ułożyło? Jest samotna i — niekochana, a człowiek niekochany, to na ludnym gościńcu słup wiorstowy, który wśród gwaru i ruchu stoi na pustem miejscu sztywny, suchy, niemy, wyblakły od słot bez osłony, spalony od skwarów bez ochłody, połupany od kół wozów, zaczepiających o niego i wstrząsających nim bezkarnie. Taką jest ta kobieta w czarnej sukni, bardzo powoli, ze wzrokiem sztywnym przesuwająca się za rzadko rozsadzonemi drzewami.

Napozór niema czemu czy komu przypatrywać się tak bacznie... Niema też przyczyny, aby z czerwonych ust kobiety wykwintnej, spokojnej, rozumnej znikał uśmiech ironiczny i wesoły. Jednak przypatruje się ona i uśmiech jej znika...

Uderza w nią myśl dziwna, dlatego dziwna, że nie przychodziła dotąd nigdy. Ale wszystko, co ma być, musi kiedykolwiek przyjść po raz pierwszy. Przyszła myśl i uderzyła w nią zdziwieniem. Obok niej, tak jak obok tej kobiety w czarnej sukni, niema nikogo. Ani tu, ani tam, w ładnem mieszkaniu, ani nigdzie. Więc cóż? Nic; tylko, że jej oczy tak samo, jak oczy tej kobiety, mogłyby patrzeć przed siebie, patrzeć, patrzeć wieki i nie ujrzeć nikogo — swego. Więc, cóż? Nic, tylko na różowej wstędze życia powstaje szara plamka, a raczej ściele się cień. Snać trudno bardzo, albo i niepodobna pomalować wstęgę życia kolorem różowym — na zawsze. Wiatr powiał, obłok przepłynął, motyl wspomnienia przeleciał i — oto czarna plamka, cień! Myśląc tak, uśmiecha się ironicznie, ale czuje, że uśmiech to jest nieszczery. Nie ma ochoty śmiać się. Więc niezadowolona, zaniepokojona, zdziwiona obraca wzrok w inną stronę, żeby zapomnieć i rozweselić się naprawdę...