Z innej strony nadchodzi postać również kobieca i również w czarnej sukni. Tamta od paru minut zniknęła już w odległej alei parku, ta nadchodzi. O ile tamta szła powoli, o tyle ta idzie prędko; o ile tamtej było wszystko jedno: co, kto, gdzie, dokąd, — o tyle tę coś gorąco zajmuje, przejmuje, do pośpiechu napędza. To siostra miłosierdzia.
Zdala, biały kornet jaśnieje w ostatnich blaskach słońca, jak płat niepokalanego śniegu. Można go też porównać do uskrzydlonej lilji, unoszącej się nad postacią czarną, lecz lekką, która szybkim krokiem okrąża klomb róż purpurowych i bramujący go rząd śnieżnych chryzantem. Chryzantemy pochylają się, muśnięte brzegiem czarnej sukni, jakby skinieniami koron witały płynącą w górze lilję.
Minęła klomb pięknych kwiatów i postępuje teraz cienistą aleą. Zbliża się. Tyle się już zbliżyła, że wyraźnie widać w głębi oskrzydlonego kornetu twarz jej drobną, i żółtością prawie woskową odbijającą od jego śnieżnej bieli. Ręce splecione u piersi, żółtawe i chude zdają się lśnić na tle czarnej sukni, jak lekką pozłotą obleczony symbol mistyczny. Mnóstwo cierpienia jest w tej twarzy i w tych rękach, w chodzie też śpiesznym, lecz chwiejnym i w piersi, podnoszącej się oddechem coraz trudniejszym, krótszym. Te ręce musiały pracować wiele i te piersi pracują ciężko, tak ciężko, że zmuszona jest stanąć, a po chwili dojść do ławki ogrodowej i na niej usiąść.
Na ławce ogrodowej siedząc, jedną z żółtawych rąk ze spracowanemi palcami do piersi przycisnęła i wpółotwartemi usty, które mają delikatność i barwę więdnących płatków róży, chwyta powietrze. Każdy człowiek, trochę doświadczony, poznać może, że jest chora na serce. Tak samo jak ręce, serce to pracować musiało wiele i, zmęczone, posłuszeństwa odmawiać zaczęło. Cierpi. Cierpiąc, szła jednak tak śpiesznie! Dokąd? Odgadnąć łatwo: do istoty ludzkiej, więcej od niej cierpiącej. Gdy słońce, bliskie już zachodu, świecić przestanie zupełnie, gdy zmrok nocny hufcem postrachów i smutków otoczy tych, którzy leżą w bólach ciała i ducha, będzie ona ręką lekką jak motyl ocierać krople potu z rozbolałego czoła, przychylać napój słodki ku spalonym goryczą wargom, będzie słowami, cicho i słodko ciekącemi z jej serca, krzepić i wzbijać ku górze osłabłe, zlęknione serce.
Tymczasem usiadła na chwilę, aby spocząć. Oddycha spokojniej, wzniesione oczy jej tkwią w srebrnym obłoku, który nieruchomo zawisł pomiędzy szczytami drzew a błękitem nieba. Widać wyraźnie, jak w białej głębi kornetu oczy te, ku srebrnemu obłokowi podniesione, zaczynają jaśnieć i stawać się coraz podobniejszemi do gwiazd. Jednocześnie, usta bladoróżowe i porysowane takiemi pręgami, jakie dzień upalny rysuje na płatkach róż, rozwierają się błogim uśmiechem.
Siedzi nieruchomo, z coraz więcej jaśniejącemi gwiazdami oczu, z błogością uśmiechu cichą, coraz głębszą i modli się, czy myśli. Najpewniej, modli się myślą, myślą wzlotną, która przebija obłok srebrny, niebo błękitne, etery nadniebieskie i rozmiłowana ściele się u stóp Miłości najwyższej. Coraz cichszą zdaje się stawać i coraz promienistszą. Coraz promienistszą, bo jak przedtem z rąk, tak teraz z opłatków twarzy świeci mistyczna pozłota, a gwiazdy oczu napełniają się jaśnieniem przeczystem i promienistem. To szczęście ekstazy. To rodzaj szczęścia, niepodobny do innych jego rodzajów, rzadki jak perła i, jak ona, rodzący się w wielkich głębiach. Blask jego, bijący ze zwątlonego, cierpiącego ciała, porównać można do dymu wznoszącego się z kadzielnicy, rozkołysanej u stóp ołtarza. Dym lotny, wonny, ozłocony światłem poświęconych gromnic, wzbijający się wysoko w mroki, pod stropy świątyni, usłany w mrokach tajemnicami nieśmiertelnego Światła...
Wstała niebawem i, tak samo śpiesznie, jak była przyszła — odeszła.
Więc jest tam coś nad srebrnemi obłokami, nad błękitami, nad eterami zaziemskich przestworzy, co w chore piersi leje zapomnienie bólu i z ciał strudzonych, zwątlałych, w surowe suknie czarne obleczonych, wypromieniowuje szczęście?
Co tam jest w sercu tej kobiety, co jej samotność napaja ekstazą uczuwania wiecznej czyjejś Obecności? Czyja to Obecność? Kto z nią jest w głuche noce i w znojne dnie? Jaka muzyka siłom jej gasnącym gra niemilknącą nigdy pobudkę haseł do czynu, pieśni do radości?
Co tam jest, pod zasłanym tajemnicami stropem świata. Co jest na zasłanem mękami ludzkiemi dnie otchłani?