Ta kobieta, czy ta lilja ku temu stropowi wzlatywała i na dno tej otchłani spuszcza się — z ekstazą szczęścia.

Tymczasem srebrny obłok nad drzewami zgasł i przepłynął. W powietrzu zaczęło stawać się szaro, a w ogrodzie pusto. Za rzędem zrzadka rozsadzonych drzew gorzał płomienny pas wieczornej zorzy.

Może przed jaskrawym blaskiem zorzy, może przed łagodnem jaśnieniem, które oblewało czarną postać zakonnicy, przysłoniła oczy dłonią i z umysłem chwiejącym się nad przepaścią zapytań, zagadnień, zadziwień, dla świata zewnętrznego pozostała przez czas jakiś obcą i niewidomą.

Jednak, niebawem, świat zewnętrzny przedzierać się począł do jej słuchu. Dwa głosy, kędyś blisko, rozmawiały. Rozmowa była szybka, przyciszona, lecz wyraźna. Dwoje ludzi skądciś i dokącić szło, słychać było przed chwilą stąpania ich po piasku alei. Lecz zamieniali słowa tak śpiesznie i z takiem wzruszeniem, że oddechu im zabrakło i musieli stanąć. Stanęli kędyś blisko, za ażurową zasłoną gałęzi, których liście zlekka szemrały. W szmer liści wmieszał się szept kobiecy zadziwiony i radosny.

— Czy podobna? Dziś jeszcze...

— Każdego dziś, więcej niż każdego wczoraj — śpiesznie na ostatni wyraz kobiecego szeptu wpadł gorący szept męski.

— Po piętnastu latach...

— Tak samo jak w piętnaście godzin...

— Po ślubie?

— Tak; po godzinie błogosławionej, która nas połączyła na zawsze!