Z zakrytemi oczyma stała przez chwilę, potém podniosła głowę, jak do modlitwy złożyła ręce i, wznosząc oczy ku błękitnemu niebu, które za oknem lśniło pogodą, rzekła cicho:
— Boże mój, Boże! nie patrz na łzy moje i smutek i jemu tylko daj szczęście!
W téj chwili rumiana i niezbyt ładna twarz wiejskiego dziewczęcia opromieniła się aureolą wielkiéj, bezsamolubnéj miłości i bohaterskiego zaparcia się siebie.
Tak niekiedy w sercach ludzi, żadną zda się nie zasiane ręką, wyrastają cnoty wielkie, niby przez naturę pielęgnowane kwiaty na czystém polu. Co tchnęło je w piersi człowieka, on sam o tém nie wié; zaczął kochać, poświęcać się, wyrzekać się siebie, tak, jak kwiat zaczyna kwitnąć i woń rozlewać, z wyższego rozporządzenia jakiegoś, z rozkazu natury, na świadectwo czystości ludzkiego ducha.
Około godziny szóstéj po południu Lucyan wchodził do wytwornego mieszkania pani Warskiéj. Stary Ignacy, który otrzymał był widać od swéj pani rozkaz w tym względzie, z ganku wprowadził go do jadalnéj sali i szedł daléj przed nim, wskazując mu drogę i podnosząc ciężkie u każdych drzwi portyery.
Stanąwszy we drzwiach wschodniego gabinetu, kamerdyner z ukłonem wymówił nazwisko gościa i sam się cofnął, a Lucyan ujrzał pół-leżącą na otomance Klotyldę.
Powstała na jego widok, postąpiła kilka kroków i podała mu na powitanie ciepłą, miękką dłoń.
Drzwi od ogrodu były otwarte, woń narcyzów płynęła przez nie i łączyła się z silnym zapachem kwiatów, ustawionych po rogach pokoju w dwie spiralne kolumny. Zachodzące słońce złociło głowy białych posągów, stojących naprzeciw drzwi w ogrodzie i, przekradając się przez lustrzane szyby okien, rzucało czerwonawe smugi na barwną draperyą ścian. Cisza głęboka otaczała miękki i wonny pokój; tylko z ogrodu dochodził lekki szum jodeł i kiedyniekiedy przerywany śpiew słowika, który, w jednym z brzozowych gajów odbywał piérwsze wiosenne próby swego głosu.
Wszyscy ludzie w ogólności, a szczególniéj wrażliwi i namiętni, podlegli są niezmiernie wpływom zewnętrznego otoczenia. Klotylda, stojąca na środku wytwornego pokoju, otoczona grą barw i świateł, owiana upajającą wonią kwiatów, ukazała się Lucyanowi piękniejszą jeszcze, niż wprzódy. Przez chwilę wydało mu się, że siłą jakąś magiczną został przeniesiony do jednego z tych bajecznych, zaklętych pałaców, w którym przedziwnie piękne mieszkają księżniczki.
Wytworne piękno, śród którego się znalazł, silnie działając na estetyczny smak i gorącą wyobraźnią jego, upoiło go na chwilę, jak opium; ale szybko otrząsnął się z tego odurzającego wrażenia i, zaczynając piérwszy rozmowę, rzekł, iż bardzo się cieszy, mogąc udzielić pani Warskiéj dobrych wieści o choréj, którą tak żywo zajmować się zdawała. W końcu dodał: