— Tak pani — odpowiedział młody człowiek; — jestem synem Michała Karłowskiego. Ale pozwoli pani zapytać siebie... — i zawahał się z dokończeniem swojéj myśli.

— Pan chcesz pewnie dowiedziéć się o mojém nazwisku — z uśmiechem rzekła kobieta.

— Tak pani — odpowiedział pan Karłowski — byłbym bardzo szczęśliwy...

Po twarzy kobiety przemknął się dziwny wyraz, a raczéj zaigrały tysiące odcieni, śród których wprawne oko mogło-by dostrzedz i figlarność młodzieńczą, i smutek jakiś, i nieco szyderstwa. Tak stała przez chwilę, jedną ręką podtrzymując opadającą jéj na twarz zasłonę, drugą z wdziękiem podnosząc fałdy ciężkiéj sukni; aż wreszcie spojrzała w twarz młodego człowieka i rzekła:

— Nazywam się... nazywam... Kameleon.

Potém ukłoniła się lekko i, zostawiając pana Karłowskiego w osłupieniu, oddaliła się szybkim krokiem.

Młody człowiek, jakby magnetycznym wiedziony pociągiem, bezwiednie poszedł za nią, wyszedł na wschody, wznoszące się nad szerokiém podwórzem stacyi, stanął śród tłumu i obejrzał się. Na najniższym stopniu stała piękna towarzyszka jego podróży, a przed nią z kapeluszem w ręku, w pełnéj uszanowania postawie, wysoki, w bogatą liberyą ubrany lokaj. Po chwili podjechała mała, zaprzężona dwoma siwemi końmi karetka, lokaj otworzył drzwiczki powozu, kobieta doń wskoczyła, powóz potoczył się szybko i... wszystko zniknęło.

II. Doktor

W popołudniowych godzinach, tego samego dnia, w którym pan Karłowski wrócił z wycieczki swojéj w wileńskie okolice, w niewielkim pokoju jednego z warszawskich hotelów, stał przed oknem młody mężczyzna. Wyglądał na lat dwadzieścia siedm, wzrost miał dość wysoki, pierś szeroką, a cała jego postać, choć nie nacechowana wytworną elegancyą, jaką nadaje ciągły pobyt w wielkiém mieście, miała przecież pełne męzkiéj piękności kształty. Twarz jego, o ściągłych i regularnych rysach, bladą była tą gorącą, namiętną bladością, jaka pokrywa zwykle ogniste, a ciągle zwalczane uczucie. Gęste, czarne włosy opadały nieco na gładkie czoło, a z pod brwi, gęstych także i czarnych, duże, ale głęboko osadzone, ciemno-szafirowe oczy myślącém i łagodném spojrzeniem zgadzały się z wyrazem kształtnie zarysowanych ust. Niewielki czarny zarost otaczał to męzkie i piękne oblicze.

Po-za oknem, na szerokiéj ulicy wielkiego miasta, wrzał tłum różnorodny; z głuchym turkotem przesuwały się powozy, pełne niekiedy pięknych twarzy kobiecych. Nagle, nawpół stłumiona ulicznym gwarem, ale niedaleka, zabrzmiała muzyka ulicznego instrumentu, grająca aryą z opery. Na odgłos ten, patrzący oknem mężczyzna, jakby się ze snu obudził; brwi lekko mu drgnęły, a w miarę jak instrument śpiéwał coraz boleśniéj, z pod powiek jego i długich rzęs coraz żywsze i gorętsze błyskały promienie. W chwili owéj twarz jego nabrała wyrazu namiętnéj wrażliwości, i kto-by nań wówczas spojrzał, bardziéj niż kiedy musiał-by się w nim domyślić natury gwałtownéj, tłumionéj wprawdzie wolą, ale za lada dźwiękiem, za lada dotknięciem wybuchnąć gotowéj pożarem pragnień i porywów. Widząc go tak bladym, wsłuchanym w muzykę, ze ściągniętemi brwiami i oczyma pałającemi w głębi, można było odgadnąć, że jest to jeden z ludzi, co we własnéj piersi noszą zarody fatalizmu, dla których w życiu niéma środka między rajem i piekłem, i którzy, ulegając prądowi namiętności, znajdują śmierć tam, zkąd inni czerpią zaledwie drobną, przelotną łezkę.