Stał i patrzył — i stracił pojęcie czasu i miejsca. Coraz bardziéj płonącym wzrokiem ogarniał uśpioną kobietę. Nagle ugiął kolano i namiętnie przycisnął do ust przezroczyste fałdy jéj sukni. Ale jakby sam przeląkł się tego, co uczynił, powstał szybko i zbiegłszy z ganku, zniknął w zakręcie alei.
Miłość jego doszła już była w owéj chwili do swego kulminacyjnego punktu.
Klotylda otworzyła oczy, przesunęła ręką po rozrzuconych nieco włosach i, oglądając się wkoło, rzekła do siebie:
— Dziwna rzecz, zdawało mi się, że on tu był! Musiało mi się śnić chyba.
Wstała, poprawiła fałdy sukni i, nucąc półgłosem, zeszła z ganku.
Słońce się zniżało, czerwonemi promieńmi przemykając się gdzie niegdzie między gałęźmi jodeł. Klotylda przeszła kilka alei i, zbliżając się do stawu, ujrzała, stojącego nad nim w zamyśleniu, Lucyana.
— Tak, to on tam był, — szepnęła do siebie; — nie widziałam go, ale przeczułam.
Potém, zbliżywszy się żywo, rzekła:
— Dobry wieczór panu.
Lucyan odwrócił się i, ujrzawszy Klotyldę, odrzekł, podając jéj rękę: