— Nie dziw się moim natrętnym może pytaniom — rzekł Cypryan — bo widzisz, każda oznaka jakiegokolwiek twego cierpienia niepokoi mię i martwi.
Klotylda milczała.
— Czy wiész, Klotyldo — mówił dalej Cypryan — że chwilami czuję się tak szczęśliwym, tak uzacnionym mojém głębokiém uczuciem dla ciebie, że pytam samego siebie: czém zasłużyłem na szczęście takie? Byłem zawsze zepsutém dzieckiem, motylem mnie zwano; dobre serce stanowiło całą zaletę moję. Dziś stanął przy mnie anioł i podniósł mię na wyżyny człowieczeństwa...
Klotylda ciągle milczała, nie odrywając wzroku od kobierca; Cypryan mówił daléj:
— Żeby to już prędzéj ten dzień stanowczy przyszedł, w którym oddasz się mnie bezwarunkowo i bezpowrotnie! Chociaż tu pięknie jest i miło, pragnę jednak uwieźć cię w świat, bo to mi da jakby przeświadczenie, żeś już zupełnie, nazawsze moja. Chciałbym, abyśmy prędzéj oboje stanęli na tém polu, na którém rozwinąć mamy wspólną działalność naszę... abyśmy prędzéj nietylko już ślub miłości, ale wzięli ze sobą ślub wspólnéj pracy i czynu. Jak myślisz, Klotyldo — mówił daléj — żebyśmy dziś zawiadomili tutejszego proboszcza, iż chcemy, aby ślub nasz odbył się w przyszłą niedzielę? Wszak indult przywiozłem.
Klotylda po raz piérwszy przez cały czas rozmowy spojrzała na Cypryana, ale takiém dziwném spojrzeniem, tyle w niém było cierpienia i jakby niewytłómaczonéj obawy, że Cypryan zawołał:
— Klotyldo! ty musisz być bardzo chora!
A gdy nie odpowiedziała, powtórzył, tuląc jéj ręce w swoich:
— Droga moja! tobie może trzeba doktora. Ja zaraz poślę po Lucyana...
Nie dokończył, bo Klotylda gwałtownie wysunęła ręce z jego gorącego uścisku i, żywo powstając, rzekła: