— Jak to pani Józefowa wszystko akuratnie pamięta! — ozwała się Owsicka.
— Oj, moja pani Wincentowo! Kiedy człowiek doświadczy czegoś dobrego w życiu, to dłużéj je pamięta, niż złe, bo złe częściéj się zdarza. Ale dla mnie i ono przyszło wkrótce. Mój Józef umarł, aptekę musiałam sprzedać za bezcen, bieda zajrzała do nas, a z nią i potrzeba bardzo ciężkiéj pracy, boć i dziecko jedyne trzeba było wychować na ludzi. Bogate panie, co wtedy mieszkały blizko N., dawały mi wiele do szycia i do haftowania, bo, nie chwaląc się, haftowałam lepiéj, niż ich wszystkie panny służące. Potém, kiedy Lucyś był w szkołach, to jak kukawka zakukała szóstą z rana, myślę sobie: mój chłopiec wstaje! Jak dziesiątą, myślę sobie: uczy się moje dziecko! A jak dziesiątą wieczorem, myślę sobie: śpi już mój syn jedyny! I zdawało mi się, że to kukawka opowiada mi, co on tam robi daleko ode mnie. A potém, kiedy Lucyś wrócił do domu, to jak wyjdzie do chorych, kukawka mi przypomina, kiedy mu przygotować obiad albo kawę, a jak wyjedzie z miasteczka, a kukawka wybije dziesiątą wieczorną, to już słucham, czy nie wraca do domu i spać nie idę, ażeby moje dziecko pobłogosławić na noc i krzyżem świętym złe sny od niego odżegnać. Ot, widzisz, pani Wincentowo, dla czego żałość mię bierze, kiedy myślę, że zostawię tu ten zegar.... toć to towarzysz i przyjaciel całego mego żywota.
I, stojąc na środku pokoju, patrzyła na zegar i dwa strumienie grubych łez, szeregiem wspomnień wywołanych, staczały się po jéj zmarszczonéj twarzy.
— Pan Lucyan idzie — rzekła Owsicka, patrząc w okno.
Dolewska żywo się poruszyła, szybko otarła łzy i, z młodzieńczą prawie żywością, skoczyła na krzesło, majstrując cóś koło zegara, aby syn jej łez nie dostrzegł.
— Żeby on tylko nie zobaczył, że ja płakałam — szepnęła z krzesła już do Owsickiéj i zaczęła raźnie nucić starą piosenkę.
Lucyan przeszedł, milcząc, bawialny pokój i wszedł do swojego. Piérwszy przedmiot, który uderzył jego oczy, był stojący na oknie świeży bukiet z niezapominajek. Lucyan popatrzył na kwiaty i rzekł do siebie:
— To dziecię stawia tu te kwiaty, aby mi niebo przypominały! Jest-że ono dla tych, którzy tak nędznie, jak ja, giną?...
I pogrążył się w smutném, gorzkiém dumaniu.
Była to może ta sama chwila, w któréj Cypryan Karłowski, we wschodnim gabinecie Klotyldy, mówił jéj gorące słowa miłości i wysnuwał przed nią złotą nić swoich nadziei.