Czytała tak Magdzia, a Dolewska, kołysząc próżną kolebkę, słuchała jéj z wytężeniem. Gdy słodki głos dziewczyny przestawał rozlegać się po izdebce, obłąkana podnosiła głowę i wołała nagle ostrym krzykiem:

— Lucysiu! Lucysiu! gdzie mój Lucyś, gdzie moje dziecko?

— Lucyś śpi, nie budź go — łagodnie odpowiadała Magdzia, a słowem tém uspokajona staruszka zaczynała znowu kołysać kolebkę, nucąc pół-głosem.

Wkoło domu wiatr szumiał zimowy, przed kominkiem turkotał kołowrotek Owsickiéj, a zbłąkany duch nieszczęśliwéj matki snuł piosenki ciche, niby rzewne do nieba modlitwy, o spokojny sen syna w mogile.

Mieszkańców okolicy N. różne spotykały losy. Pan Rodryg Wierciński przestał być panem na Wiercinie, bo unikając rekluzyi i trawersując Europę, tyle zaciągnął długów, że Wiercin z przyległościami sprzedano z publicznéj licytacyi, a zdetronizowany panicz został ekonomem u nowego swoich dóbr dziedzica. Niedługo jednak cieszył się tą swoją godnością, bo pokazało się, że nawet ekonomem dobrym być nie potrafił, umiejąc gruntownie tylko dwie rzeczy: zawiązywać krawat i wkładać na nos pince-nez.

Barszcz, utraciwszy możność zjadania w Wiercinie baranich kotletów, pomyślał o tém, jak-by je miéć zawsze u siebie. Sposobny ku temu celowi wydał mu się posażek panny Jęczmionkowskiéj, w skutek czego Elfryda wionęła ku ołtarzowi ślubnemu, furkając falbanami. Odtąd Barszcz miał zawsze u siebie baranie kotlety, a jedyną zgryzotą jego było to, iż brat Elfrydy, Jęczmionkowski młody, ożenił się z garderobianą pani Warskiéj, Marylką, co wielce bodło szlachecką dumę Barszcza, przyzwyczajonego do porządnych stosunków.

Zenobia Jęczmionkowska dotychczas wspiera czoło na dłoni; nie wyszła za mąż i narzeka na niewdzięczność mężczyzn, a w romansowo-sentymentalnym nastroju swoim wtedy tylko znajduje pociechę, gdy na stole pojawi się półmisek kołdunów.

Harasimowicz starszy padł ofiarą miłości dla swéj szklanéj kochanki, umierając z delirium tremens, a Harasimowicz młodszy, ożeniwszy się z młodą i dobrą Elżunią, przestał śpiewać przy gitarze i smolić cholewki do panien, a pozbywszy się tych dwóch śmieszności, został wcale przyzwoitym człowiekiem, rządnym i poczciwym gospodarzem.

Raz ksiądz Stanisław, wróciwszy z dość dalekiéj podróży, pojechał do Jodłowéj.

— Przywożę pani wieść o jéj znajomym — rzekł do pani Warskiéj.