— Narzekaj na samę siebie, Jakubowo — z lekkiém napomnieniem odezwał się Lucyan — bo ile razy lepiéj już było mężowi twemu, tyleś razy przyniosła mu z karczmy wódki. Cud to prawdziwy, że jeszcze żyje dotąd; ale jeżeli będziesz daléj robiła to samo, przestanę przychodzić do was, bo widzę, że nic nie poradzę.
— Ach panoczku, gołąbku! — zawołała kobieta, plaskając rękoma — nie opuszczaj-że nas biednych ludzi! Toć mój stary dawno-by umarł, żeby nie ty, panoczku.
I odrzuciła baba wrzeciono w sień, a obydwiema rękoma pochwyciła rękę Lucyana i ustami przylgnęła do niéj.
Doktor łagodnie usunął rękę z energicznego uścisku mieszczanki i rzekł:
— No, któżby chciał was w biédzie opuszczać, moja Jakubowo. Tylko widzicie — dodał surowiéj — kiedy nie spełniacie moich zaleceń, to nie widzę potrzeby przychodzić do was.
— Panoczku, rybko! już ani kropelki nie dam staremu!
Uśmiechnął się Lucyan.
— No, pamiętajcie — odpowiedział — a tymczasem bądźcie zdrowi.
Znowu podniósł rękę do czapki, która mu piękne czoło ocieniała i odszedł, a baba podniosła wrzeciono i przez chwilę jeszcze stała we drzwiach domu, patrząc za odchodzącym i kiwając głową. Poczém westchnęła, przełożyła wrzeciono w lewą rękę, a prawą zakreśliła w powietrzu wielki krzyż za Lucyanem, szepcąc:
— Daj jemu, Boże, zdrowie i Najświętsza Panno! taki rozumny, a rozmawia z każdym, niby to z równym sobie.