Ładne, nawet odrą nieoszpecone dziecię, z pełném zaufania spojrzeniem, zwróciło ku niemu twarzyczkę i odrzekło:

— O, daleko mi już lepiéj.

— To dobrze, to dobrze — mówił młody doktor — bo téż musimy się bardzo nudzić, leżąc w łóżeczku. Jesteśmy zwykle tak czynni. A co tam bez nas nasze kurki porabiają? — dodał.

— Czubata przychodzi do mnie — odrzekła dziewczynka takim tonem, jakby rozmawiała ze swoim małym braciszkiem — a i Burek zawsze przy mnie.

— A kotek znakomity — rzekł żartobliwie Lucyan, biorąc z ziemi małego szarego kotka i podając go dziewczynce — on kocha swoję panią. A lekarstwo czy bardzo niesmaczne?

— Wszystko, co tylko pan zapisze, to już smaczne — odpowiedziało dziecię, ciągle tém samém, pełném zaufania spojrzeniem, patrząc w twarz doktora.

— Cieszę się, że tak znam smak Walerki — mówił znowu Lucyan, gładząc kotka — ale teraz, gdy już gorączka mniejsza, będziemy pili tylko orszadę.

I przez kilka chwil jeszcze, w taki pełen łagodności sposób, porozmawiawszy z chorém dzieckiem, wychodził z pokoju.

— Mamo! mamo! — zawołała dziewczyna do towarzyszącéj doktorowi matki, a gdy pani Grodzicka zbliżyła się do niéj, rzekła:

— Niech się mama nachyli, coś powiem do uszka.