— Moja matko droga — przerwał łagodnie Lucyan, trzymając jéj rękę w obu dłoniach — czy warto, abyś się tak gniewała i martwiła o drobiazgi?...
— Ależ, mój Lucysiu — żywo przerwała pani Dolewska — jakże się nie mam gniewać? Poleciała gdzieś nic dobrego, śmietanka wykipiała i teraz ty nie będziesz miał kawy.
— Mateczko — odpowiedział Lucyan — dziękuję, że się tak o mnie troszczysz, ale proszę, nie martw się z powodu mojéj kawy i każ mi tylko przyrządzić herbatę; mnie to wszystko jedno.
— Ależ gdzież tam, wszystko jedno; alboż ja nie wiem, że kawa posilniejsza, a tyś się napracował dzisiaj, mój ty biedaku drogi! Marysiu, Marysiu! — wołała przeze drzwi — nastawiaj samowar! A gdzież to moje klucze? — mówiła daléj, szukając ich w kieszeniach swojéj sukni. — Lucysiu, poszukaj mi, moje dziecko, kluczy.
— Są tu, moja matko — rzekł Lucyan, podając staruszce pęk kluczy, które leżały na oknie przy doniczce z kaktusem.
W téj chwili we drzwiach pokoju ozwał się głos kobiecy:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
— Na wieki wieków amen! — odpowiedziała pani Dolewska.
— Pokój temu domowi!
— I temu, kto to mówi!