— Ej zbytki, pani Józefowo, zbytki! toż, jak widzę, codzień stearynowe świece palicie.

— At, moja pani Owsicka; Lucyś chce tego, to niech już sobie tak i będzie.

— Aj, panie Lucyanie, panie Lucyanie, na co te zbytki? — prawiła pani Anna. — Dobrze mój nieboszczyk mąż mówił, świéć Panie nad jego duszą...

Nie dokończyła pani Owsicka wspomnień o nieboszczyku mężu, bo we drzwiach ozwał się znowu głos:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

— Na wieki wieków amen — chórem odpowiedziały dwie kobiety.

I do pokoju weszła znowu postać niewieścia, ale całkiem już różna od okazałéj pani Owsickiéj, która mieszkańcom N. imponowała swoją tuszą i swoim lisim kołnierzem.

Wchodząca tą razą kobiecina była nizka i chuda, w czarnéj, wązkiéj sukni i watowanéj salopie, z włóczkową chustką niepewnego koloru na głowie. Z pod owéj chustki ukazywała się marszczona szlarka białego czepka, otaczająca okrągłą, żółtą twarzyczkę z małemi oczkami i wązkiemi usty.

— Jak się ma panna Zuzanna? — rzekła pani Dolewska.

— Jak się ma nasza Szeherezada? — jak mówi ksiądz Stanisław — przemówiła z uśmiechem pani Owsicka.