Na lwa srogiego bez obawy wsiędziesz

I na ogromnym smoku jeździć będziesz.

— Dobrze, dobrze, Szeherezado — zabrzmiał we drzwiach głos męzki. — Uważam, Lucyanie, że jesteś w snach panny Zuzanny Samsonem, lwa rozdzierającym.

Na głos ten trzy kobiety śpiesznie powstały, a Lucyan z wyciągniętą dłonią postąpił ku drzwiom.

Z cieniu, na słabo oświetlony środek pokoju, wyszedł mężczyzna, ubrany w długi, czarny surdut, z futrzanym kołnierzem. Nie był on bardzo wysoki, ale w postawie miał pewną godność i powagę, które go wyższym, niż był, okazywały. Twarz jego była ściągła, blada, o dużych, wydatnych rysach; na szerokiém czole rysowały się liczne zmarszczki, oczy duże, szaro-błękitne, podkrążone, miały wyraz cichego cierpienia, słodyczy i miłości. Usta jego były blade, włosy jasne, silnie siwiejące, w całéj osobie wyraz dobroci, myśli i siły moralnéj.

Pani Dolewska z uszanowaniem pocałowała przybyłego w ramię, mówiąc:

— Ksiądz proboszcz w naszéj chatce, więc i błogosławieństwo Bozkie tu z nim wstępuje.

Lucyan w obu dłoniach ściskał rękę księdza, witając go uprzejmemi słowy; ale panna Zuzanna przemocą odebrała tę rękę i ustami zawiesiła się na niéj. Pani Owsicka pochwyciła drugą rękę księdza i podobnież składała na niéj głośne całusy.

— Dobry wieczór, dobry wieczór — mówił ksiądz, uśmiechając się i usiłując wydobyć rękę z uścisków pobożnych niewiast. Ale nie było to rzeczą łatwą.

— Ojcze Stanisławie! proboszczuniu! święty, kochany ojczulku! — szeptały one i całowały w najlepsze.