— A jak się pan dobrze sprawisz, będziesz miał prawo przeczytać mi poemat o dyable Borucie.
Po wyjściu poety, młoda kobieta stanęła na środku salonu, złożone ręce opuściła na ciemną suknią, głowę pochyliła, a po twarzy jéj przebiegały, jak błyskawice, różne wrażenia. Usta uśmiechały się, to figlarnie, to dumnie lub szydersko nieco, w oczach błyskały ogniki złote, migocąc z po-za długich rzęs. Tak stała, zamyślona przez chwilę; nareszcie podniosła głowę, szybkim ruchem osunęła z ramion warkocze, zaśmiała się srebrzystym, cichutkim, figlarnym śmieszkiem i szepnęła:
— To on, jak uważam, naprawdę mi się podobał. Tém lepiéj! pobawię się trochę. — I znowu stanęła, spuściła głowę i rzekła: — Pobawić się... ach, mój Boże! kiedyż ja się przestanę bawić? O, kiedyż będę miała siłę przestać się bawić!...
W owéj chwili twarz jéj była posępna, tragiczna niemal; w mgnieniu oka jednak wyraz ten minął i, szybko pobiegłszy ku drzwiom, pociągnęła taśmę dzwonka.
We drzwiach stanęła ładna i z całym wykwintem, właściwym służącéj wielkiéj pani, ubrana subretka.
— Marylko — rzekła do niéj pani Kameleon — suknia moja na dzisiejszy wieczór czy przyniesiona z magazynu?
— Wczoraj jeszcze, proszę pani.
— To dobrze, a kwiaty?
— Oto są, pani. — I z małego pudełka, które trzymała w ręku, wyjęła wdzięcznie i misternie uwity wieniec z ciemnych gałęzi cyprysu i pączków białych róż.
— Taki smutny wieniec, proszę pani — zauważyła służąca.