Blada lampa drżała, niepewne światło rzucając w kąty wagonu, a milczenie przerywane było tylko pobożnemi westchnieniami pani Owsickiéj i chrzęstem karmelka, odzywającym się niekiedy w ząbkach nieznajoméj.
O prozo XIX wieku! Kobieta ubrana w czerni, z zasłoną na twarzy, milcząca, zamyślona, zamiast wzdychać, jé karmelki. Niegdyś tak wyglądająca kobieta bywała istotą z mgły i zefiru, za pokarm jéj służyły marzenia, a ziemskie jadło odtrącała drżącą dłonią, gwiazdom się skarżąc na prozę żywota. Dziś jé ona karmelki! Gdzież poezya? gdzie tajemniczość? gdzie tragiczność awantury? gdzie czysty, brzydzący się materyą idealizm?! Młody podróżnik wszakże nie żałował tajemnicą owianych zjawisk dawnych czasów i z miłém wrażeniem słuchał chrzęstu karmelków w ustach nieznajoméj, bo był mu on świadectwem jéj młodych i zdrowych ząbków, które, sądząc podług przedziwnie białéj rączki, jaką widział, przedziwnie téż białemi być musiały.
Pani Owsicka skończyła godzinki do Opatrzności Bozkiéj, wycałowała wszystkie obrazki, przeżegnała się krzyżem różańca i, na worku podróżnym złożywszy głowę, głęboko usnęła.
W ustach nieznajoméj kobiety ustał po chwili chrzęst karmelków, ale znać było, że nie spała, bo niekiedy białemi paluszkami machinalnie przewracała karty książki.
I pan Karłowski téż nie spał, czoło oparł na dłoni i myślał.
I pogrążeni w milczeniu, kołysani jednostajnym ruchem wagonu, oboje młodzi ludzie utonęli w zamyśleniu. O czém oni myśleli? Niech odpowiedzią na to będzie wyraz: byli młodzi! A młode myśli, to orły szerokoskrzydłe, co lecą nad ziemią i orlim wzrokiem szukają kwiatu wesela i owocu szczęścia. I któż je zliczy, i któż je opowié, gdy rojami wylatują z głowy młodością wrzącéj, gdy jedném ich skrzydłem wiara, drugiém nadzieja, a atmosferą, w któréj się unoszą... miłość. Z ognia stworzone, w pragnieniu skąpane, wiarą w przyszłość strojne, gdzie-żeście wtedy, o myśli młode, kiedy czoło człowieka pochyli się smutne pod wspomnieniami doznanych zawodów? gdzie-żeście wtedy, gdy w sercu jego tchnienie życia zmrozi młodzieńcze zapały i porywy, gdy, po dniach minionych chodząc, jak po grobach, i myśl swą, i czoło chyli on ku ziemi?...
Ale, jadący z Wilna do Warszawy, młodzi ludzie nie mieli skroni smutnie schylonych pod ciężarem dni już przebytych i nie chodzili jeszcze po wspomnieniach, jak po grobach. To téż młodzi oboje, piękni pewno oboje, myślami pobiegli w świat szeroki, a oczyma często spoglądali z zajęciem na siebie, dopóki... dopóki... nie usnęli.
Usnęli? i któż odważy się twierdzić, że oni spali? Młody człowiek siedział wprawdzie nieruchomy, ale czy spał, czy snuł wątek różanych myśli, nie wiadomo; a młoda kobieta bodaj mało téż spała, bo z poza czarnéj koronki często błyskały wyraźnie otwarte jéj oczy. Trudno téż ręczyć, czy pan Karłowski nie zapytywał sam siebie, co bardziéj silnym lśniło blaskiem, czy przysłonięte, a jednak tak błyszczące oczy, kobiety, czy wielki na jéj palcu brylant.
Na świecie zaczęło szarzéć, cienie nocy zwolna ustępowały przed wschodzącym dniem. Na bladobłękitném niebie gasły jedna po drugiéj gwiazdy, i w wagonie zgasła blada lampa. Parę razy gwizdnęła lokomotywa i pociąg stanął.
— Stacya Tłuszcz! pięć minut! — wołał posługujący, otwierając drzwi wagonów.