Koli ludzie śmiejutsia,
Szto mnie z toboju nie życi...172
Głowa nad beczką, w powietrzu jakby zawieszona, przemawiała do starego i powoli, powoli trząść się zaczęła, powiekami nad szafirowymi oczami mrugając, ku staremu Mikule mrugając. „Nie żyć mnie z tobą, tatku, nie żyć mnie w tej chacie, gdzie chleba nigdy nie brakuje i ludzie w zgodzie żyją, czasem na wesołe wieczornice schodząc się i weseląc. Przypadkiem ja tu zaszedł, sam nie wiedząc, gdzie idę, byle dalej zajść i uciec od tego, co mnie z tyłu goni, oj, tatulu, tak goni, że aż mnie skóra na plecach cierpnie, to piecze... Przypadkiem ja tu przyszedł i nie wytrzymał, taj do chaty zaszedł, ale mnie tu nie żyć... Zaraz wstanę, taj pójdę, bo grzechów dużo na świecie popełniłem, a żeby za nie żadnej pokuty nie było, nie możno, tatku... Ty sam powiedział i osądził, że nie możno... nijak nie możno!”
Ku trzęsącej się nad beczką głowie głowa starego także trząść się zaczęła. Zdawało się, że odpowiada, powtarza:
— Nie możno, synku, nijak nie możno!
Nagle wyprostował się stary, lecz silny Mikuła ogromną, żylastą rękę po oczach przesunął i gwałtownym szeptem zaklął:
— To i zgiń, przepadnij, kiedy taki... Pfuj, maro z tamtego świata! Jaka nieczysta siła ciebie po świecie wodzi? Zgiń, przepadnij!
Szerokimi plecami do izby się zwrócił, a do ściany twarzą tak ponurą i groźną, jak gromowa chmura.
— Zgiń i przepadaj, kiedy taki... — powtórzył.
O chropowatą ścianę oparł wielkie, wyłysiałe, w sto fałd zmarszczek wyrzeźbione czoło. Nic już wiedzieć nie chciał.