Wybuchnęła śmiechem.
— Ot, śmieszna rzecz! — zawołała. — Nie mogę nigdy oduczyć cię od tego: zamęczasz się! zamęczasz się dla mnie tém czytaniem! Żebym ja ci zaczęła klektać codzień nad głową: zamęczasz się, Marcelli, zamęczasz się dla mnie i dla dziecka tém pisaniem w biurze! miło by ci było? Co trzeba, to trzeba. Każdy robi, co do niego należy, i koniec. Przecież ta gazeta, to twój klub, twoje spacery, twoje wszystkie wesołości i rozrywki. Chwała Bogu, że ją tak lubisz!...
Jakby sobie co przypominała, sięgnęła do kieszeni, wyjęła z niéj dużą miedzianą dziesiątkę i, pokazując ją mężowi, rzekła:
— Zostało od dzisiejszego obiadu... czy wrzucić?
Zapytanie to byłoby wielce zagadkowém, gdyby, czyniąc je, pani Aniela nie wskazała gestem sporego pudełka, przybitego do ściany i, jak to bywa we wszelkiego rodzaju skarbonkach, zaopatrzonego w wązki otwór do wrzucania pieniędzy. Do zielonéj powierzchni pudełka przyklejoną była biała kartka, a na niéj, pismem pana Marcellego, tém samém bujném, piękném pismem, którém przez 11 godzin dziennie napełniał on arkusze aktów i dokumentów biurowych, nakreślone były wyrazy:
— „Dla Julka, na uniwersytet”.
Trzymając miedzianą dziesiątkę w dwu palcach, pani Aniela powtórzyła pytanie:
— Wrzucić?
— Dziś mamy trzynasty — z rozwagą zaczął pan Marcelli — dwudziesty za tydzień. Za mleko i bułki zapłaciłaś?...
— Wczoraj! co do grosza!