W taki to sposób płynęło życie Ryżyńskich, a wszystkie dnie były tak zupełnie do siebie podobne, jak na jeden sznur znizane, doskonale dobrane paciorki. Zrana pani Aniela była bardziéj jeszcze zajętą, niż wieczorem. Paliła sama w piecach, chodziła do miasta po sprawunki, zamiatała pokoiki, nakoniec gotowała obiad, a doglądając sporządzanéj żywności, szyła, prała, prasowała... Trudno było powiedziéć na pewno, czy, spełniając wszystkie czynności te, które zazwyczaj spełnia osób kilka, wesołą była, czy smutną; bo trzy owe głębokie fałdy, przerzynające jéj czoło, sprzeczały się zawsze ze świetną świeżością jéj cery, a szczególniéj z ustami, tak skoremi do uśmiechu, że spotykała z nim każdego, ktokolwiek zjawił się na progu kuchenki.

Małe zmiany w trybie tym życia zachodziły tylko w niedziele i dnie świąteczne; w dnie te bowiem pan Marcelli, wolny od zajęć biurowych, sypiał długo, a spędziwszy ranek w jednéj z miejskich cukierni, gdzie dla odmiany czytywał gazetę inną, niż ta, którą miał w domu, wieczorem szedł do którego z kolegów swych na preferansa. Preferans, po dziesiątéj części grosza punkt, nie trwał nigdy dłużéj, jak do północy; pan Marcelli jednak, wróciwszy do domu, przeciągał się, poziewał i mówił do żony:

— O, jakżem się znudził i zmęczył!

Jednakże w niedzielę następną grał znowu, z razu z ochotą i ożywieniem, rad jakby urozmaicenia, jakie gra wlewała w monotonność jego życia; obojętnie potém i ze znużeniem, tak, jakby uczuwał całą nicość i pustkę urozmaicenia tego. I znowu, w każdą sobotę, po przeczytaniu gazety, zabierając się do snu, głosem, który odbrzmiewał zadowoleniem, mówił do żony:

— Jutro pójdę na preferansa.

Kiedyś, kiedyś, pan Marcelli czytywał w wieczory świąteczne pożyczane tu i ówdzie książki, albo, małego syna biorąc na kolana, próbował prowadzić z nim długie, a nauczające rozmowy. Lecz do rozrywek umysłowych, zarówno jak do pedagogicznych rozmów, przystępować trzeba niezbędnie z pewną stosowną wprawą, i nadewszystko — z pewną swobodą umysłu, której pan Marcelli nie posiadał.

Nie posiadał on swobody umysłu, pośród wielu przyczyn różnych i dla téj jeszcze przyczyny, że wraz z rodziną swą stał na ruchomym gruncie, co na lada skinienie któregokolwiek z pośrednich, lub bezpośrednich zwierzchników jego, roztworzyć się mógł pod nim i strącić go w czeluść, w któréj czarne głębie patrzéć nie mógł bez zawrotu głowy. Był on jednym z tych, do których stosować się mogą słowa ewangeliczne: „nie znacie dnia, ani godziny”... z dodatkiem: „kiedy dachem waszym staną się lazury niebios, a chlebem — kamienie, rozrzucone po ojczystéj ziemi”.

Zdarzało się, że łagodny i ludzki zwierzchnik pana Marcellego wzywanym był gdzieindziéj, na inną jakąś posadę, a zastąpić go miał ktoś nieznany jeszcze, mający dopiéro przybyć zkądciś i dać się poznać... w jaki sposób? było to pytanie, dla mieszkańców żółtego, pod niebem zawieszonego, gniazda, równające się w wadze i sile Hamletowskiemu: być albo nie być? Człowiek ten, mający przybyć z daleka, a w którego usposobieniach spoczywała zagadka ich losu, stawał téż przed ich wyobraźnią owinięty w mgłę, pełną uroczystéj tajemniczości, śród któréj przybierał potężną, a nieubłaganą postać starożytnego Fatum. Złote hafty, zdobiące kołnierz i rękawy jego ubrania, wyglądały jak wyroki, pisane niepodobnemi do wyczytania hieroglifami. Fatum to i te hieroglify wisiały nad ich głowami i stały przed ich wzrokiem przez długie nieraz dnie i tygodnie. Przybywał nakoniec... jutro już przybyć miał, rozpowinąć się z mgieł tajemniczych i ludzką stopę postawić na brudnéj podłodze sal kancellaryjnych. Pan Marcelli wychodził do biura, a pani Aniela, odprowadzając go do połowy wschodów, zamiast zwykłego niepokoju, miała w oczach wyraz przerażenia. Idąc obok siebie, nie mówili do siebie nic i rozstawali się w milczeniu; za to, usłyszawszy kroki wracającego męża na wschodach, kobiéta wypadała z mieszkania i spotykała go tak pośpiesznemi, że aż zdyszanemi pytaniami:

— Cóż? cóż? widziałeś? mówił z tobą? jakiż on?

Niekiedy pan Marcelli uśmiechał się blado i z uspakajającym gestem mówił: