Było w niéj coś, co w szczególny sposób pociągało ją ku wszystkiemu, w czém wyrażała się akcya jakaś, patetyczność bólu, albo energja czynu. Z pomiędzy licznych posągów, zdobiących hotel, najulubieńszemi, temi, przed któremi zatrzymywała się w każdéj swéj po hotelu wędrówce, były te, które w wyciągniętych ramionach dzierżyły miecze, lub, z podniesionemi twarzami i rozwartemi usty zdawały się krzyczéć z bólu, albo o ratunek wołać. Skrzydlate kupidyny i pyzate dzieci, w pulchnych dłoniach podnoszące kosze z kwiatami, a śmiejące się szeroko i do każdego, kto na nie spojrzał, omijała ona obojętnie, albo nawet ze wzgardliwém spojrzeniem, zdającém się mówić: „I czegoż śmiejecie się tak ciągle i pokazujecie swoje brzydkie, opylone kwiaty? Wyglądacie bardzo głupio! ”
Gdy ubiegło lat parę, dziad i wnuczka umieli już na pamięć „Śpiewy Historyczne” i po wiele razy przeczytali wspólnie drugą książeczkę, która znajdowała się w posiadaniu Otockiego, a którą były Psalmy. Dziwne zaprawdę wrażenie sprawić-by mógł widok małéj téj jasnowłoséj dziewczynki, gdy, siedząc na kolanach dziadka, z ramieniem, na szyję jego zarzuconém, drobnemi, bladawemi usty swemi czytała:
Jako dym, tak lata moje uleciały,
Kości jako głownie moje wygorzały...
Jestem jako w lesiech pelikan schowany,
Jestem jako puhacz w pustynią wmieszkany...
Kiedy już i Psalmy wszystkie umiała na pamięć, Otocki zaczął ją uczyć pisania. Na tém przecież drugiém studyum skończył się dla niéj kurs nauk, otrzymywanych w oszklonéj izdebce odźwiernego. Miała już lat 10 i pisała tak prawie biegle, jak czytała, gdy lekarz jakiś otworzył drzwi izdebki, w celu zasiągnięcia u odźwiernego potrzebnych mu informacyj. Ujrzawszy dziewczynkę, siedzącą przy starém biurku i gorliwie zejętą przepisywaniem jednego z Psalmów, popatrzył na nią uważnie i zwrócił się do Otockiego:
— Zapewne, to córka lub wnuczka pana. Źle pan robisz, że ją tu trzymasz, a gorzéj jeszcze, że jéj tu pracować każesz. Powietrze tu niedobre, a pomieszanie światła dziennego ze sztuczném jest w najwyższym stopniu szodliwe dla oczu. Jeżeli dziecko to przebywać tu będzie, a tém bardziéj uczyć się, może silnie nadwerężyć sobie wzrok i w ogóle zdrowie.
Co rzekłszy, odszedł; Otocki zaś pozostał jak w ziemię wryty, z wyrazem przerażenia na twarzy. Ani przez myśl mu nie przeszło, że sam przebywał tu we dnie i w nocy, śpiąc tuż przy żelaznym piecyku, wydającym z siebie wieczny swąd węgla i przypalonéj olejnéj farby, a godzinami całemi ślęcząc nad hotelowemi księgami, po których mieniły się i krzyżowały białe i żółte światła. Jego zdrowie! jego oczy! Były to dlań pyły tak marne, że bez wieści, ni śladu utonęły w morzu trwogi o nią, którém oblały go słowa lekarza.
Dnia tego Otocki rachował naprzód długo i starannie dochody swe i rozchody, a potém, w pierwszéj wolnéj chwili, udał się do Ryżyńskich i stoczył z panią Anielą długą i ożywioną rozmowę, wśród któréj pani Aniela podjęła się wynaleźć pensyą taką, co-by, jak najwyższą skalę naukową, łączyła z jak najlepiéj ubezpieczoną moralnością i — jaknajmniejszemi wymaganiami pieniężnemi. Na drugi szczególniéj z pomiędzy trzech warunków tych, Otocki kładł nacisk szczególny.