Albo:

Der Mensch, des Menschen, dem Menschen...

A Lusia wtórowała mu wtedy:

— Ren, Rodan, Sekwana, Loara, Tyber, Tag, Elba, Odra, Gwadalkwiwir!...

Niekiedy przecież gwar ten, który tak mile głaskał macierzyńską miłość i dumę pani Anieli, milkł nagle, a stawało się tak dla tego, że Julek, nagłym ruchem odrzucając od siebie książkę, z któréj tylko co się nauczył, że fuissem znaczy: byłbym, fuero — będę, i obie ręce topiąc we włosach, przez zaciśnięte zęby mówił:

— Niech ich wszyscy dyabli wezmą!

Lusia podnosiła téż głowę z nad książek, prostowała szczupłą swą postać i głębokiem odetchnieniem usiłowała wciągnąć do piersi swéj trochę powietrza, które w sinéj izdebce znajdowało się w ilości niesłychanie małéj i w gatunku najgorszym.

— Chciałabym pochodzić trochę! — mówiła, poziewając szeroko.

— To pochodź, pochodź sobie! Któż ci przeszkadza? Miejsca na spacery zdaje się nie brak.

Mówiąc to, spoglądał na przestrzeń pomiędzy stołem a łóżkami, tak ciasną, że drobna chyba mysz spacerować-by po niéj mogła.