— W bawialni obszerniéj — dodawał — cztery kroki wzdłuż i cztery w poprzek, ale wyjdź tam tylko, a zaraz posłyszysz: Dzieci! uczcie się!
Lusia wstawała i, wiedziona instynktem, rozkazującym istocie żywéj szukać obrony przeciw zaduszeniu się, otwierała u okna lufcik i z wyraźną rozkoszą wystawiała na ostry powiew zimy twarz, rozpaloną przez kilkogodzinne wysilenie umysłu i woli. Julek stawał obok niéj. Za oknem, które wychodziło na dziedziniec, spuszczały się w dół dachy domówstw, niższych od żółtéj kamienicy, i na czarnem tle nocy rysowały się szare kominy, suchemi zarysy sterczące ku kawałkowi nieba, pod którém wlókł się ciężki a nieskończony pochód deszczowych lub śniegowych chmur. Zmęczonemi oczyma wodzili oboje po dachach i kominach, albo, wznosząc w górę spojrzenia, zatrzymywali je na drobnych gwiazdach, które tu i ówdzie mdło i niestale błyskały wśród rwących się w brudne szmaty obłoków. Czasem deszcz padał, a z za mgły wilgotnéj, rzadkie, oświetlone okna przeciwległych domówstw mrugały łzawo, jak chore, lub zapłakane oczy.
— Ciekawam — zaczynała Lusia — co tam może być i kto tam żyje za temi oknami?
— Ot co może być! Takie same pewno żółte ściany, jak u nas, i tak samo pewno uczą się tam ludzie po łacinie, po grecku i dyabli wiedzą po jakiemu; co się zaś tycze życia... to chyba kiedyś będzie ono...
Nie dokończył, bo z przyległéj izdebki ozwał się głos pani Anieli:
— Otworzyliście tam okno! mieszkanie wyziębnie i jutro trzeba będzie furę drew spalić! Zamknijcie zaraz i — uczcie się!
Julek z trzaskiem zamykał lufcik i, robiąc na Lusię tak straszne oczy, jakby ją żywcem chciał poźrzéć, zdławionym głosem wymawiał:
— Uczmy się! No! uczmyż się!
Siadali znowu przy stole i tym razem zaczynali już pisać, to jest: co chwila porywali dykcyonarze i, po mozolném a długiém przewracaniu kartek, zapisywali znalezione tłómaczenia niezrozumiałych im wyrazów.
Tłómaczyli. Po skończonéj robocie, przed oczyma ich leżała mozaika wyrazów, najdziwaczniéj powiązanych, w którą przez długie parę minut wpatrywali się oboje szeroko rozwartemi oczyma.