Czytali wykonane przez się prace, odczytywali je półgłosem, aż nakoniec jednocześnie podnieśli głowy, spojrzeli sobie w oczy i wybuchnęli głośnym śmiechem. W śmiechu tym, jakkolwiek wychodził on z ust dziecinnych, było coś gorzkiego.
— Zrozumiałaś — krótko zapytał Julek.
— Bardzo mało — z cicha odpowiedziała dziewczynka. — A ty?
— Prawie nic.
Udzieliwszy odpowiedzi téj, z wielką powagą założył nogę na nogę, rozparł się na swém kulawém trochę krześle i z zastanowieniem, na sposób gdérliwych starców, głową trzęsąc, mówić zaczął:
— I powiedź mi, po co to wszystko? Czy ja kiedy będę żył na 1500 lub 760 lat przed Narodz. Chrystusa Pana? Przecież żyję teraz i chciałbym wiedzieć, co właściwie teraźniéjszy świat robi? A tu ani rusz. Nauczyciele — nie nauczyciele, i rodzice... nie nauczyciele. Od nikogo nie dowiesz się nic; sam wszystkiego dochodź; a jak czego nie dojdziesz, to chyba sobie w łeb palnij! i koniec!
Zamiast jednak dopuścić się tego okrutnego na osobę własną zamachu, zabierał się do rysowania karykatur, mających na celu przedstawienie nauczycieli szkolnych w najbardziéj zabawnych i rozśmieszających postawach i sytuacyach; przyczém opowiadał towarzyszce swéj tysiączne anegdoty, dowodzące, że szacunek i miłość jego dla instytucyi, z któréj brał światło wiedzy, równały się zeru i zastąpione były przez uczucia głuchego buntu i wzgardliwéj niechęci.
Miał lat piętnaście, gdy pewnego wieczora powiedział jéj z miną taką, jakby przyszedł nakoniec do upragnionéj dawno, a wielce cennéj wiadomości:
— Wiesz, co dziś powiedział ten duży Michał? widziałaś go przecie, bom ci go na ulicy pokazywał; siódmoklassista przecie i pierwszy łacinnik! Otóż powiedział, że szkoły kończyć trzeba dla tego tylko, aby módz potém jakąkolwiek karyerę zrobić; inaczéj niktby z pewnością nie znosił téj męczarni. Ot co.
Odtąd wiedzieli już dobrze, dla czego istnieją i czém są szkoły. Określili téż sobie wkrótce naturę i właściwości gniazda tego, w którém się chowali.