Pan Marcelli popatrzył z kolei na Lusię i rzekł znowu:
— I téj téż coś być musi.
Potém już nic nie mówił, tylko, po skończonym obiedzie, zamiast udać się do sypialni na zwykły spoczynek, skinął ku żonie, aby usiadła przy nim i zapytał z cicha:
— Co im takiego być może?
Pani Aniela nic wcale nie rozumiała.
— Upatrujesz coś, Marcelli! — rzekła — dzieci są tak, jak zwykle, zdrowe, i uczą się dobrze.
Z powątpiewaniem wstrząsnął głową.
— Nie, nie! Źle bardzo wyglądają oboje, a przytém, czy ty uważasz, że nie śmieją się nigdy, a mówią tak prawie mało, jak ja. Trzeba, Anielko, abyś zwróciła na nich pilną uwagę: co robią? Czém się bawią? Co ich zasmucać, albo co im szkodzić może?
Panią Anielę ogarnął żal wielki i szczery.
— O mój Marcelli! — zawołała — zdaje się, jakbyś nie wierzył, że Julek jest całém szczęściem mojém, i że dla téj biednéj dziewczynki także robię wszystko co mogę i powinnam. Nieustannie przecie są one pod okiem mojém. Pilnuję ich, karmię, jak mogę najlepiéj, przestrzegam, do nauki napędzam, oszywam, własnemi rękoma ubieram, gdy wychodzą z domu. Cóż więcéj nad to uczynić mogę?